Blog użytkownika Joanna Bielecka
Słowa nanizane ludzką dolą i niedolą.

Powiesć 'Wiatr ze wschodu"

"Wiatr ze wschodu"

autor;Joanna Bielecka



































































książkę, którą Ty trzymasz w reku ja dedykuję matce, siostrom,synowi oraz każdemu kto zechce tylko po nią sięgnąć.






























I Rozdział
Stała na samym środku polana, niedbale ubrana cokolwiek niechlujnie, lecz nadzwyczaj dostojnie. Wokół jej zgarbionej postury majaczyły rozległe łąki, mocno zapuszczone przez  nieukoszone  i złośliwie wrastające chwasty. Pastwiska nasycone żółcią od palącego słońca wysychały na  zboczu, opalając swe suche trawy do upalnego powietrza. Chwiała się wśród skąpanej w ukropie ziemi, trawiona zmęczeniem, jeszcze ledwie spoglądała na suche zioła, na które już nie miała ochoty patrzeć. Rozpaczliwie brakowało kobiecie siły by trzymanymi w dłońmi grabiami, ponownie zaległą na łące trawę przerzucić na niewyschłą, zieloną jeszcze stronę. Czas się jakby zatrzymał i trwał, upajając się  ciężką robocizna Teresy, która już tylko liczyła na zmierzch dnia, na błogi chłód nocy, który wcale nie miał zamiaru nadejść. Poderwała grabie i jeszcze ostatnią siła woli poruszała ciężkimi bryłami trawy, jeszcze nie padając ze zmęczenia, westchnęła przeciągle.
-Święta Maryjo, Matko Boża ..-mruczała coraz bardziej wolniej i ciszej i z coraz to większym wysiłkiem.
-Zdrowaśki tu będzie klepała, ni ma tak, robić trza-ochrypły głos wydobył się z gardzieli starego pochyłego jegomościa. Jego bezzębna szczęka podobna do wysłużonych grabi na chwile się otworzyła i jeszcze jakieś nieartykułowane słowa z niej powypadały ale już niezbyt wyraźne. Staruszek swoim zwyczajem lubił poruszać swą szczerbatą szczęką jakby sprawdzał czy nie została ona zaklejona przez ciągłe jej zaciskanie. Teresa lekceważąc jego obecność jeszcze raz spoglądnęła na urokliwie rozpościerające się pagórki i otoczone wstęgą jakby wąskie potoki. Tuz nad horyzontem pomarańczowa kula urokliwego zachodu słońca, zaświeciła, dziś jakby jaśniej i jakby przejrzyściej. Kres dnia oznaczał odpoczynek od codziennej pańszczyzny życia. Starszy towarzysz jej trudnej pracy, poklepał własne bezzębne grabie, utulił je do piersi, jakby to one były mu bliskie, przyjazne i wlokąc je wśród wykoszonej łąki wracał do swego domostwa, nie zamieniając słowa nawet z rozmodloną Teresą. Chłopka ubóstwiała te chwile; lekkiego powietrza i urokliwie zachodzącego słońca, poczucia spracowania, bólu w nadgarstkach i we własnym ciele powstałego z udanego i dobrze wypełnionego wysiłku. Odczuwała teraz ogromne pragnienie, pragnęła bowiem nasycić się czysta wodą z mijanego teraz potoku. Spoglądała nabożnie  dłużej z nadzieja na czysty jak jej łzy strumyk i już niemal namacalnie dotykała płytkiej wody, gdy jej zmęczone dłonie chwyciła złośliwie ukryta na dnie żaba kijanka. Odepchnęła ze złością intruza i moczyła swe zniszczone dłonie w wodzie, zaraz potem niezgrabnie wyzuła z obuwia nabrzmiałe stopy i rozkoszowała się błogością. Uczucie zmęczenia jakby na chwile odpłynęło i wtedy w jej żołądku rozpoczęły się długie skurcze wywołane głodem, sprawnie poderwała się do swego domostwa mieszczącego się jeszcze nieopodal, radując swa duszę śpiewem 'Chwalcie łąki majone, góry doliny zielone..." Mimo udręczenia, parła jeszcze przed siebie, wlokąc za sobą dwie pary grabi i widły, jej nieodłączne narzędzia codziennej katorgi. Dotarła do zagajnika, który w miarę jej jednostajnego człapania stawał się coraz gęstszy ale wcale nie złowieszczy. Pomarańczowe barwy kończącego się zachodu mieniące się na tle horyzontu jakby kąpały mijane drzewa intensywnością swej nieziemskiej urody. Drobna, postura Teresy została jakby znienacka uwidoczniona przez łunę światła a jej kierunek torował kobiecie drogę do jej własnej chałupy. Szła skąpana w świetle konającego słońca, podobnego teraz i do niej samej pochyłej ale wewnętrznie uszczęśliwionej tą namacalną feerią duchowości, poczuła na chwilę swe wybraństwo, zdawało się jej samej że to sam Bóg do nie przemówił niczym Jahwe do Mojżesza na Górze Synaj. Przystanęła i rozejrzała się dumnie na otaczający ją las, tak samo zielony jak jej własne źrenice. Jej oczom ukazały się niezrównanej urody jagody i pyszne maliny kusząco rozpościerające się niemal na wyciągnięcie dłoni. Wyróżniona, rozpoczęła swą nieziemska ucztę, upajając się soczystą rozkoszą owoców. Gdy zaspokoiła swój apetyt poczęła łapczywie wrzucać cenne znaleziska do swych przepastnych kieszeni, uformowanych ze zwisających jej u bioder, zazwyczaj rozchełstanych koszul. Dumna ze swej zaradności, uradowana udaną uczta w samotności ujrzała już swa chatę będącą na wyciągniecie wzroku. Dumała już plany i swa wybujałą wyobraźnią widziała rząd malinowych słoików ustawionych uczciwie w ciemnej piwnicy. Tymczasem od strony pooranych pól kroczyła jakaś postać bez proporcji i szpetnie się odznaczająca od harmonii ziemskiej. Postać jakby namierzała Teresy obecność i z czasem zbliżała się coraz bardziej bezwstydnie i bardziej pokracznie. Teresa już zamiar miał zmienić tor swej stałej  trasy i gotowa była wydłużyć drogę powrotu lecz dobiegający szkaradny jazgot z oddali udaremnij jej plany.
-Coś tam nakradła, pokazuj!-złowroga pokraka stanęła naprzeciw Teresie i z wyrzutem pełnym wrogości poczęła bez ładu i składu diabelskim bełkotem oskarżać.
-Aleś wierząca a  z lasu zbierosz co nie Twoje i jeszcze po moim stajaniu się błąkasz i psy łażą ci wolno i wyją-w charkliwym jazgocie napastniczki nie było ludzkiego odruchu. W tych wypchanych zawiścią bluzgach czaiła się bezdenna pustka wypalona nienawiścią, okrutnie napastliwej, nieszczęśliwej wiedźmy. Do tej do człowieka niepodobnej, wylewającej tylko jad nienawiści poczwary przyszło się zmierzyć spracowanej i niewinnej jak dziecko Teresie. -Czego chcesz ode mnie?  w ręku trzymam różaniec, modę się do Boga o Twoje nawrócenie - wyszeptała nabożnie pełna przestrachu, skulona postać Teresy.
-Ty mi tu Matka Boską wyjeżdżasz? A schowaj se te zabobony do dupska, nic Ci one nie dadzą. Do sądu Cie podałam i zaraz będziesz aresztowana za te Twoje głupie religie i te psy co tak latają-obrzydliwa gęba napastniczki stawała się coraz okrutniej wykrzywiona szpetna maską pogardy i już niemal dało się wyczuć  cuchnący jej  odór zgnilizny wypełzający z jej bezdennej podłości.Jakby zapowiedzi jej przyszłego potępienia na wieki.
-Jaszczurowa daj ty nam spokojnie żyć, Bóg Cie kiedyś skarze za to zło co siejesz-głos Teresy do tej pory obolały stawał się już coraz bardziej spokojny, jakby kojony wewnętrznym spokojem, nieulękłą mocą, z wyśpiewanych pieśni Maryjnych. Teresa minęła pospiesznie pokraczna postać Jaszczurowej i niemal błyskawicznie poderwała się do ucieczki. Zaledwie minuty minęły a zdawało się jakby wieki później Teresa schowała się pod własny dach, bardziej umęczona strapiona niż zwykle. Akurat wtedy promienie już zakrytego słońca dopiero zniknęły, zrobiło się ciemno, szaro i  jakby upiornie. Na dworze wszelakie drzewa i krzewy coraz mocniej falowały, niektóre sprawiały wrażenie jakby się kładły na ziemi . Wiatr przypominał już huragan . Zaczął siąpić drobniutki deszczyk, jak kapuśniaczek, ale dość szybko zamienił się w ulewę. Padał coraz mocniej na łąki, pola, drzewa, kwiaty, domy. Zaczęły tworzyć się coraz większe kałuże. To już nie tylko ulewa, błyskawice pojawiające się na niebie świadczyły o tym, że to burza. Zrobiło się coraz ciemniej. Pioruny co kilka sekund rozdzierały niebo, głośniejsze, bliższe i przerażające. Silny deszcz bębnił o szyby i dachy, jakby chciał wedrzeć się do środka budynków. Woda wystąpiła z przepełnionych przydrożnych rowów i płynęła już ulicą. Z rynien spływały wzburzone strumienie brudnej wody. Lało jak z cebra. Gdzieś z oddali dało się słyszeć donośny odgłos rozgniewanych grzmotów. Bezzębny staruszek stał blisko w oknie i podobnymi do suchych gałęzi dłońmi chwytał swej pomarszczonej twarzy zakończonej orlim nosem.
-Uch, uch -naśladował  prawie do taktu odgłosy nagłych, donośnych grzmotów.
-Patrz, patrz!-zawołał nawet podniecony.
-Pali się chałupa sąsiadki Jaszczurowej, tam zaś porządnie łupnęło- staruszek relacjonował nadzwyczajnie ubawiony. Tymczasem Teresa szepcąc swe ulubione modły spojrzała nie dowierzając na smolisty dym szaro-gęsty unoszący się sprawiedliwie ku niebu a dobywający się z mijanej wcześniej po drodze zaniedbanej chałupiny Jaszczurowej.

II Rozdział.

Poranek zawitał chłodem i wyraźnie rysującym się niepokojem, który coraz rychlej i niemal fizycznym bólem dawał się odczuć we wrażliwym sercu Teresy. Poderwała się bladym świtem, porzuciła swe barłogi i klękając przeżegnała się  bardziej starannie i więcej niż zazwyczaj nabożnie do swych strapień i przeczuć. Uklęknęła  przy obrazku Świętego Antoniego, przywieszonego nieco niechlubnie na niedbałym sznurku, którego zdążyły już z taka sama czułością pajęczyny do siebie przywiązać. Postać Świętego tego dnia zdawała się jakby bardziej strapiona i jej bliższa. -Święty Antosiu, Ty od spraw zagubionych i patronie ludzi zagubionych, pomóż mi, daj mi siłę do walki ze złem-słowa pobożnej niewiasty przechodziły już jakby ze szlochu w nabożny szacunek. Teresie zdawało się, iż Święty jakby  ją rozumiał, jakby swą długą brodą poruszał i okiem zamrugał, dodając modlącej  otuchy. Kobieta uradowana swym wyróżnieniem, Boga zaczęła wychwalać tym razem dyskretniej ciszej lecz z większym jeszcze poruszeniem. Gdzieś z oddali dało się słyszeć głośne prawie basowe zawodzenie, matowe ponure ale znajome. Teresa ignorując własny głód z żołądka i własne niedostatki, niczym automat z własnego rozkazu błyskawicznie już oporządzała zawartość nieopodal postawionej obory. Z szaleńczym poddaństwem oddawała się z przez nikogo nie opłacanej harówce, czyniła wędrówki i wspinaczki z wiązką siana przy sercu i na grzbiecie, tułała się po obejściu, gorliwie z wiadrami pełnymi wody przyprawionymi mulistą zawiesiną. Czynności jej własne wyprawiała gorliwie, bez gderanie, posłusznie choć świt jeszcze nie nastał. Gdy już Teresa zapłatę swa świeżą niosła w postaci mleka z pianką niemal pełnego wiadra, jej serce i dusza radowały się śpiewnie, zmęczenia jakby zamieniały się we wdzięczność. Już przysiadła do jeszcze nie nakrytego stroju. Już do garnuszków zalewała swą cenną zawartość z wiaderka. Ze wstydem pojęła że kuchnia kaflowa nie została porządnie ogrzana, lecz gdy już gniew chciała swój wyrazić, ujrzała jak człapie niezdarnie z naręczem drzewa bezzębny staruszek, jej wuj. Potem bez wprawy i bez namysłu upychał drewno do okopconego pieca. Teresa swobodnie starca wyręczała, daremne mu przy tym czyniąc wyrzuty i nauki. Pomna była że w pracach gospodarczych na siebie samą liczyć musi. Z wprawą przystąpiła do dalszych powinności i prężnie ogrzała zagraconą izbę, w której wspólnie przebywali. Teresa z lubością i ze smakiem rozkoszowała się potem ulubionym smakiem ciepłego mleka do którego wdrobiła sobie przedwczorajsze kawałki chleba. Staruszek chciwie pochłaniał to co było do zjedzenia bez grymasu i z upodobaniem oddając się gryzieniu suchej skórki wczorajszej pajdy chleba, która zanurzał w śmietanie, wczoraj zebranej i ukradkiem przechowanej by dziś upajać się jej smakiem i we własnych trzewiach ją trawiąc, po swojemu. Gdy już nasycenie przyszło, gdy obowiązki niewdzięcznie znów wzywały do skoszonej łąki oddalonej jak wczoraj daleko. Teresa z oddaniem szykowała się do codziennej niezłomnej wędrówki przy sianokosach. Staruszek tymczasem zanurzył swe niezdarne dłonie zakończone szponami w szaro-burym jestestwie kocura, którego życiowym fatum było koczowanie w pobliżu swego ulubionego starca. Dziadek jak co dzień znów niestosownie zabierał się do czułych niemal dziwacznych umizgów względem wyleniałego kota. Gładził go długo, przeciągle a bielmo w oczach starego ponownie wypełniało się łzami. Kochał bowiem to zwierzę,namiętnie i nazbyt głęboko i prawie ze wzajemnością. Jego starcza głowa pojęła,że tylko zwierzęta potrafią być godne miłości i pełne oddanie. Wiedział on, że daremno szukać u ludzi podobnej wierności. Starzec oddawał się szczerze tym nieokrzesanym pieszczotom wobec kota, tulił, ugniatał wyleniałą sierść, odczuwając wzajemną więź z dachowcem. Teresa już przy oborze widły i wysłużone grabie do prac naszykowała  a potem jeszcze nawet przy lustrze szykownie swą chustę dziurawą na głowę swą nawiązała, do izby z powrotem zaszła, starszego w tym czasie  nakryła na umizgach ze starym kocurem. -Zostaw go, Ty stary bujoku, zobacz jak tego kocurka do obłędu tymi szponami  doprowadzasz-Głos Teresy był cichy,  niecierpliwy i zagniewany. Kot posłusznie wyswobodził się z objęć starca i wzrokiem zahipnotyzowanym błądził dookoła nóg swego pana, jakby postradał zmysły. Wstawał, kładł się i znowu wstawał jakby go toczyła jakaś obłędna dolegliwość, której się widocznie nabawił poprzez chorobliwe przywiązanie do starca. Starszego człowieka wprawiała w dumę zależność tej wyleniałej istoty do jego samego.
-Chodźmy już na łąkę,siano przewracać, dość już czasu swego zmarnowałeś na pościeli-Teresa w tej ekipie była niewątpliwie samozwańczym szefem. Obydwoje poderwali się do czekającego ich jak co dzień kieratu. Wtem usłyszeli z oddali złośliwe ujadanie psa i turkot zbliżającego się starego motocyklu. Przeczucie Teresy nie było mylne bo chwile później pordzewiałą bramę chroniącą dobytku niewiasty szturmował przy akompaniamencie psich melodii tęgi lecz wesoły listonosz a w dłoni dzierżył dużą kopertę oznakowaną mnóstwem pieczątek urzędowych. -Tereniu do Ciebie list, jest on z sądu okręgowego polecony-wrzeszczał dumny z siebie siermiężny pracownik poczty. -Skąd? to musi być pomyłka!-kobieta nie dowierzała. -Nie ma mowy o pomyłce, proszę podpisik i już gotowe. Teresa drżącymi rękoma uczyniła niezgrabną parafkę na wskazanym druku, przy zgrzytach  rozwalającej się bramy i przy asyście groźnych spojrzeń swych czujnych psów. Listonosz salutując odjechał, pozostawiając za sobą olbrzymie kłęby kurzu i dymu, które wznosząc się, dawały się porwać wiatrom i niebawem wdzierały się do nosa i gardzieli jak zły omen. Teresa oparła się o pochyła lipę i szukając wsparcia w jej olbrzymich konarach, zabrała się za studiowanie korespondencji. Spojrzała ukradkiem na starego wuja i zobaczyła zaciekawienie przemieszane się z letargicznym strachem w jego starczej twarzy. Stał bowiem nieruchomo i strachliwie niczym głaz. Teresa głośno nabrała do ust powietrza i półszeptem wyczytała na przemian słabnąc i modląc się gorliwie. Z trudem pojmowała cała powagę czynu iż, Sąd Rejonowy w Krowich Plackach wzywa ją Teresę Krowiak w charakterze podejrzanej na rozprawę dnia 11 lutego 1995 roku. Oskarżycielami są Mścisław i Mścisława Jaszczur. Czuła jak z żalu i rażącej niesprawiedliwości płonie jej wnętrze, trawione przez wyroki ludzkiej niedorzecznej podłości. Rozpoczęła litanie nawoływań do matki Boskiej i na chwilę dłuższą zanurzyła swą cierpiącą duszę  w pobożnych pieniach. Z jej gorejącego ale nabożnego poddaństwa dobywały się wcale nie fałszywe wołania.
-Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny, tęskny się w Niebo unosi dźwięk.. Gdy tak  odrywała duszę w stronę kultu Bożego, poczuła nagły, namacalny przypływ sił witalnych. Wcześniejszy lęk, strach jakby urósł do ukojenia i zasadził ziarno tlącej się nadziei. Poderwała się niemal jak żołnierz i chwyciła za grabie ułożone w nieładzie. Spojrzała na starego, zajętego teraz wydłubywaniem kleszczy z gęstego futra domowego pupila.
-Idziemy na łąkę-zawołała na wuja. Szli w stronę oddalonych pastwisk, powoli, gęsiego, milcząc, każde z nich zajęte własnymi myślami. Ich dumania wznosiły się ku pięknie rozłożystych jasionów, złączonych między sobą jakby rękoma. Widzieli urokliwe jabłonie, przytupnęli obok jarzębin, dalej już za wierzba płaczką dostrzegli szpetną chałupę Jaszczurowej. Ukryli się miedzy gęstymi drzewami i zmęczeni przystanęli, nie musieli nasłuchiwać by usłyszeć, najbardziej szkaradne i ordynarne wyzwiska, szpetne zniekształcone złością słowa, które wyrzucali między sobą Jaszczurowa i jej groteskowo szkaradny małżonek. Obydwoje byli potworami tylko zaklętymi w cokolwiek ludzkim jestestwie, lecz tylko w tym porównaniu ich człowieczeństwo dobiegało kresu. Jaszczurowa, wieku była raczej starego, wzrost miała więcej niż średni, twarz zdeformowana złością, zamiast zębów posiadała ciemna jamę. Oczy skośne, nos przesadnie wielgachny i sękaty. Twarz poorana złością, starością i brakiem higieny, zakończona podwójnym podbródkiem. Włosy rzadkie i potargane, siwego koloru. Posturę miała rozlazłą, brzuch jakby olbrzymi, nogi krótkie kacze, wykrzywione, szeroko stawiane przy chodzie. Jej mężulek podobne miał cechy lecz był jeszcze szerszy i groźne lubił sprawiać wrażenie. Stali dziś naprzeciwko sobie, przy swej chałupie i wzajemną nienawiść sobie wyznawali. Koza, barany, indyki i kury na ich widok oniemieli, zamiar mieli oddalić się na wieki, lecz zamiast ucieczki rozdawali im swe najbardziej cuchnące odchody, których już nazbierała się gruba warstwa wokół nich samych. Teresa z ukrycia spoglądając, w bezpiecznej odległości trzymając się,  zauważyła że wokół domostwa Jaszczurowej znajdują się także ponadto; odpady zwierzęce, niezdatne, stare rupiecie .Poniewierały wie wokół podwórza, resztki jadła chyba dla prosiąt usłane, wszystko były  w nieładzie . Drzewa stworzone do życia tu w  promieniu kilkudziesięciu metrów pousychały prawie na  amen. Krzewy i liście wygląd miały cierpiący jakby już martwe były lub dopiero konały. Rośliny nie uchowały się tam wcale, to co należało do własności Jaszczurów plamiła jakaś klątwa nienawiści, jakby natura targała się na własna śmierć, jakby już śmiercią poniekąd była.

Krowiakowa już zamiar miała odwrócić się od  makabrycznego widoku, lecz ciekawość zaprowadziła jej wzrok na opuszczony wychodek, kiedyś na jaskrawo- różowy nasmarowany dziecięcą chyba akwarelą, dziś z niego jątrzyły się resztki niedogasłego dymu. To on obumierał, zamieniając się w zgliszcza i on został kilka dni wcześniej dotknięty przez złowrogie pioruny, co być może słuszny obrały tym razem kierunek. Teresa z trudem tamowała napierający ja śmiech, z widoku groteskowego przedstawienia którego mimochodem była świadkiem. Już chciała zgrabnie niczym leśna łania, ukryć się przed wzrokiem mściwych dalszych sąsiadów.
-Kurna, ale pierońsko łupnęło w wychodek Jaszczurów, dobrze zrobiło, uf!- Zaśmiał się zadowolony z powstałej szkody wuj Teresy. Nieszczęsny, głośny komentarz starego, któremu do tej pory udało się utkwić w milczeniu, zdradziecko teraz  zdemaskował swą obecność. Otyły Jaszczur wytoczył się pod wpływem tych słów ze swego nienawistnego domostwa i począł grad swej nienawiści wylewać w starego.
-Wynocha mi stamtąd wy dewoty, pierońskie, modlicie się o nieszczęścia i mieć je będziecie bo do Sądu pójdziecie i aresztują Was- Głos grubasa choć groźny nagle stał się bezwolny i zakończył się rykiem baranim, tak nie podobnym do ludzkiego. A jego otyły brzuch bezwstydnie wyłaził ze źle zapiętych portek. Teresa przezornie chwytając swych wysłużonych grabi, poczęła nerwowo oddalać się od miejsca nienawistnego, solennie sobie obiecując w duchu, że mijać będzie podobne nieszczęścia bardziej sumiennie. Staruszek o dziwo ubawiony człapał tuz za Teresa i niosąc w dłoniach własna parę grabi, przedrzeźniał jak echo usłyszane przed chwilą groźby
. -Do sadu mnie podos, podos! Szydził sam do siebie, śmiejąc się z własnego dowcipu.

III Rozdział

Poranek budził się z wolna jakby nie chętnie, jakby jeszcze chciał przedłużyć nocny na ogól niezmącony spokój. Tego dnia Teresa zbyt ociężale zabierała się do czekających ją trudnych wyzwań, które tylko ona samo zdołałaby udźwignąć. Gdy oczy swe otworzyła, dostrzegła że  pies z jęzorem przy brodzie patrzył znacząco na wylizaną miskę, którą powodowany instynktem głodu zdołał przytaszczyć we własnym pysku i jak wyrzut sumienia porzucić u stóp swej pani, akurat w momencie gdy Teresa przygotowywała się do porannej modlitwy. Kobieta wyprowadzona z lekka z równowagi, przerwała swe niezaczęte litania i jak automat wbiegła do ubogo wyposażonej lodówki. I wyrzucała trafnie do miski przedwczorajsze smalce, słoninki. Droższy salceson już wprawnym ruchem prawie celnie usiłowała porzucić głodnemu psu do otwartej paszczy,jak w letargu wytaczała mechanicznie  to co zauważyła w lodówce. A wtedy jej pies uszczęśliwiony niemal tańczył oberka z powodu naszykowanej uczty. Jednak salceson nie trafił do gardzieli głodnego psa, ów cenny salceson w niemal mistrzowski sposób został schwytany starczymi rękoma starego wuja, który najwidoczniej wstrząśnięty pachnącymi daninami prosto z lodówki zdołał znienacka objawić się we właściwym momencie i czasie. Staruszek dumny ze swej zręczności, przeżuwał już teraz dokładnie swe trofeum. Siadając na swej skrzypiącej pryczy kilka kroków dalej oddalonej od psa i lodówki, zachłannie zapychał swój apetyt smacznym kawałem salcesonu. Patrzył już teraz z wyższością na oburzonego psa, który warknięciem wyrażał swa krzywdę, zauważył oniemiała Teresę, która teraz olbrzymim nożem kroiła pajdy chleba. Twarde skórki skib kobieta przeżuwała i tak zmiękczone rozdawała uniżonemu psu, który z każdym zjedzonym kęsem kraśniał i radością zarażał swa panią. Ambroży bo takież imię nadano mu na chrzcie świętym, wieki wieki temu, lecz nikt kogo znał tak do niego się nie zwracał .Zmuszony był tenże Ambroży zadowalać się przymiotnikami niekiedy mało parlamentarnymi bądź dziwacznymi zapożyczeniami od nazw różnorakich, których sam nie pamiętał i nie raczył zliczyć. Domyślał się , że kiedy o nim była mowa a bywało tak niezwykle rzadko to ton dyskusji stawał się niezbyt poważany a raczej nabierał tonu lekceważenia a bywało że litości lub żartu. Stary posiadał bowiem nieznane cechy radowania się z czegoś co kto inny ambitny lub za takiego się podający miałby za złe losowi i niebawem przeklinał by swe przeznaczenie. Lubił staruszek to co niezauważane i co nie zasługiwało na uwagę. Zdarzyło mu się spacerować bez celu ulicami wybranymi na chybił trafił, było tak i tego dnia. Wypadł bowiem kuchennymi drzwiami ze swej ciasnej chałupy, upajając się zapachem przekwitłych bzów, kroczył samotnie przed siebie i oddawał się  własnym marzeniom, kontaktu z przechodniami nie skory był nawiązywać, nie pragnął ludzkiego towarzystwa, pysznił się własnym istnieniem. Gdy wyczuwał, że ściąga na siebie ciekawskie spojrzenia przechodniów, wtedy przystawał i zasalutował czym natychmiast płoszył obcych. A gdy tak błądząc maszerował i  dumaniem się zmęczył, miał zwyczaj podnosić z ziemi resztki jakichś porzucanych rzeczy. Razu obecnego znalazł przy kontenerze stare walące się krzesło, dwie nogo od plastikowej lalki, zeszyt pożółkły z nieczytelnymi równaniami jakiegoś dawnego ucznia sprzed kilkudziesięciu lat, kawałek gazety z twarzą uroczą ucieszonej matrony. Poderwał rychło z ziemi, naprędce tak aby nikt iny go nie ubiegł i dumny ze swego znaleziska szedł pieszo, ucieszony i uradowany z nowego bogactwa. A jego starcze choć żwawe kończyny same prowadziły do swej skromnej izdebki, a droga powrotna zdawała się znacznie krótsza i jakby lżejsza, jakby go unosiły ku górze owe skryte znaleziska. Teresa znosiła cierpliwie błądzenia swego wuja, wobec jego dziwactw posiadała nadzwyczajną niemal od stworzeń anielskich zapożyczoną cierpliwość. Tego poranka kobieta modły nabożne do Boga poskładać nie umiała, słowa i myśli dobrze napoczęte, jakby wędrowały chaotycznie i rozbieżnie, dumała pobieżnie o swych codziennych sprawunkach, choć wcale nie pilnych lecz czasu i energii  pochłaniały aż do późnego popołudnia,. Gdy swe dumania doprowadzała do dotkliwego pobolewania w głowie, wtedy jakby z oddali usłyszała zbyt natarczywe ujadanie psich melodii, jakby wszelkie zwierzęta domowe ze wsi całej skrzyknęły się po to aby fałszywe arie zawodzić tuz pod niedomkniętym oknem przy którym aktualnie wypoczywała. Zlękniona kobieta, skrzypiące okno popchnęła, rozwarła na całą rozciągłość zawiasów, odgłosy zamilkły. Zauważyła chmury; ciężkie i ołowiane, które tym razem upiornie, wyglądały z zazwyczaj błękitnego nieba. Ich ponurej szarzyzny nie zdołały nawet ukryć puszyste korony drzew kasztanowca piętrzącego się blisko domostwa. Teresa przezornie domknęła okno, bo chłód studził jej bujne myśli. Nadbiegający stukot i warkot się zmógł. Niewiasta zamarła, stanęła jak wryta przyklejona do okna z którego sączył się chłód,znów zastygła jak rzeźba bo od progu usłyszała znajome charkniecie do akompaniamentu stukotu nóg podobnych do galopu koni arabskich.

-Przyjechałem, Tereska cieszysz się?- Głos ten niewyraźny, charkliwy, należał do małżonka Teresy.

-A jesteś Zbychu, czego tak wcześnie?- zamiast powitań, żona chłodno spojrzała na przybysza. Stali tak chwilę w ciasnej izbie, spoglądali na siebie lecz zdawało się, że siebie nie widzą, zajęci własnymi myślami. Mierzyli się krytycznie wzrokiem, zdziwieni że kiedyś sympatią do siebie pałali a może tak tylko się im zdawało, skoro ślubny kobierzec wspólny obrali. Od czasu dłuższego uczuciem do siebie nie mierzyli, wcale żadnym, popychała ich ku sobie wspólna niedola, połączył zaś zwykły wiejski rozsądek, który kazał popełniać pochopnie sakrament małżeństwa, gdy już młodość pobieżnie zdawała się niechybnie wymykać. Teresa obojętnie patrzyła na swego ślubnego, którego ciężka, fizycznie praca tam gdzieś na wschodzie szpetnie, dosadnie obeszła. Pozbawiła go i tak skromnej urody, jego bujna niegdyś czupryna dziś prezentowała się jak ptasie gniazdo. Mało oczka koloru niewiadomego, zmniejszyły się do wymiarów niemożliwych. Nos co dumnie wystawał z ptasiej twarzy, tego dnia jakby się jeszcze zgarbił i wyrósł. W pomieszczeniu zapanowało ciężkie jak ołów napięcie powstałe od niewypowiedzianych słów.
-Czego tak szybko wróciłeś? Znowu coś tam spartaczyłeś i Cie wywalili?-w głosie niewiasty dało się wyczuć litość.
-Odwrotnie byłem najlepszy i temu dali mi odpocząć-głos Zbyszka zabrzmiał kłamliwie.
-Ciekawe, bo dopiero za miesiąc miałeś wrócić -Krowiakowa zawsze wiedziała lepiej, znała już niemal na wylot możliwości swego małżonka. Zbyszek tymczasem wlokąc swe przepastne torby, komicznie zawiązane sznurami podążył do swej izdebki, oddzielonej tekturowymi drzwiami od pomieszczenia w którym wcześniej rozmawiali. Rozsiadł na swym skrzypiących barłogach, które zastał w stanie takim samym jakim je porzucił miesiąc wcześniej gdy postanowił  emigrować za pracą. Z otwartego na oścież okna wyrastały wprost jak na wyciągnięcie dłoni, białe, dumne bzy. Pachnąc dziś bardziej wydatnie niż zwykle. Zbyszka zastany widok rozweselił obficie taki, iż z jego ogromnego nosa dobywały się głośne charkanie, powstałe ze wzruszenia nad którym nie umiał zapanować. Teresa bez pukania wniosła mężowi na tacy parującą zupę z kapusty, którego woń intensywnością oparów ogromnie radowała obdarowanego. Zbyszek chciwie porwał przyniesiony obiad i głośno siorbiąc pochłaniał zawartość miski na stojąco. Gdy już dokładnie wyżłopał strawę, spojrzał z zadowoleniem na Teresę , żądając dokładki. Żona powróciła do kuchni, w której przed chwilą jeszcze stał parujący gar, daremnie skrobała łyżką pozostałości. Zdawała sobie sprawę, że męża nie ucieszą jej wysiłkowe skrobaniny. Wtem zerknęła do lodówki i sprytnie wydobyła z jej głębi tygodniową kiełbasę i wczorajsze skwarki, które błyskawicznie rozrzuciła na patelni i słuchając ich miłego odgłosu smażenia, mieszała widelcem naprędce, doprawiając jeszcze w pospiechu skrobaninami z gara.Ucieszona z efektu swej pracy i już wprawdzie gotowa na spotkanie z głodomorem , napotkała litościwe spojrzenie psa, który kierowany swym nieomylnym impulsem, rozpoznał że aromat kiełbasy jest mu bliski, albowiem to jego ulubiony odświętny smakołyk. Teresa na krótko walczyła z powstałymi wyrzutami sumienia. Głos wzniosła do Nieba i modły do Ducha Świętego swym ulubionym zwyczajem popełniać zamierzała. -Komu dać, który bardziej zasłużył i bardziej potrzebujący jest?- Toczyły jej czystą jak łza duszyczkę szczere dylematy. Krowiakowa wobec tego upuściła większą niż namierzała porcję naszykowanego jedzenia na nieopodal oczekującego jej ruchu pieska. Z impetem ruszyła ku tekturowym drzwiom, chwiejąc się nieco bo śliska maź omal nie doprowadziła do upadku hojną gospodynię. Teresa zastała męża na wyrzucaniu na podłogę zupełnie niedorzecznych i do niczego nie podobnych brył żelaza i kabli przewodowych, które nie nasuwały żadnych skojarzeń i przydatności żadnej ze sobą nie prezentowały.
-Dobre Ci kupiłem prezenty?-Dumny Zbych zapytał Teresę gdy ta osłupiała kładła jedzenie u jego stóp.
-Co to ma być, do czego mi te rupiecie? Dość że Ambroży chomikuje jakieś śmieci ze swych spacerów to Ty mi przywozisz z daleka nic nie warte rupiecie?A gdzie czekolada, ciastka jakieś chociaż?-Teresa z wyrzutem zapytała. Zbyszek zajęty chciwym smakowaniem obiadu, milczał zdziwiony pretensjami swej połowicy. Z oddali dobiegał szybki stukot. Niejako jakby spod ziemi wyrósł Ambroży z psem domowym, popychali oddzielające je wrota i z upodobaniem maniaka, zabrali się za oglądanie i obwąchiwanie sterty nieokreślonych brył żelastwa.
-To mi się przyda.-Ambroży wykręcił bez wysiłku jakąś kolorowa śrubkę i korek. Dumny z eksperymentu, popędził ukryć  się na swej skrzypiącej pryczy, gdzie w ciszy radował się nowym znaleziskiem. Teresa zabrała brudne naczynia i bez słowa oddaliła się w bezpieczność odległość, wyczuwając piętrzące się niepokoje Zbyszek po chciwym wylizaniu miski i ogarnięty nienawiścią wobec nachalnego spojrzenia psa.Gniewnym odruchem przepędził psa i zabrał się za swe majsterkowanie. Kręcąc swą małą główką, podobną do źle uskubanej kury, czynił komiczne miny i mamrocząc własne myśli, postanowił po dłuższym namyśle skontaktować zakończenia drutów z prądem. Sięgnął pordzewiałym, używanym kablem do gniazdka kontaktowego i szepcząc słowa ody do własnej odkrywczości zawył, głośno przeciągle
-Kurna, działaj wiertarko cholerna!- Zdążył zawołać przesadnie  wyraźnie.Opatrzność Boża tymczasem czuwała, przezornie i w ostatnim momencie odrzuciła żywym ciałem Zbyszkiem w pachnące objęcia wystającego bzu, na tyle bezpiecznie i z małym natężeniem aby chronić przed wyrzuceniem przez otwarte okno,śmiertelnie przerażonego i zdziwionego małżonka Teresy. Z oddali nadbiegła wylękniona Krowiakowa i całując krzyż Jezusa, dziękowała klęcząc za ocalenie życia jej niezbyt rozumnego małżonka.
-Zostaw te złomowiska bo wyrzucę to na śmieci gdyż Bóg nie ma tyle cierpliwości co ja, następnym razem może być tragicznie-głos kobiety nabiegł szlochem i stosownym przerażeniem. Kobieta poderwała  z podłogi większość niebezpiecznych przewodów i lekceważąc biadolenia i zaklinania swego "fachowego" męża całą masę niebezpiecznych rupieci umieściła daleko za oborą, nieopodal gnojowiska. Zbyszek usiadł zmartwiony na swych barłogach i strapiony, utulił swa małą główkę w zza długich kończynach dolnych. Zbyszek wieku był średniego, lecz fizyczna dorywcza praca na "czarno" przedwcześnie go postarzała. Był on wzrostu raczej wysokiego. W małej główce świeciły malutkie oczęta niedojrzałe jak u dziecka, nos olbrzymi, zgarbiony szpecił ptasią twarz mężczyzny. Włosy przerzedzone, płowo-siwe, słabo skrywały już zaawansowaną łysinę.Ręce za długie, jakby przyprawiane, odmawiały często podczas pracy współpracy i niezbyt były przydatne. Mało zaradne i nieskoordynowane  w ruchach, jakby niedopasowane do całości. Nogi za długie, jakby bocianie, kroczyły nieco plącząc się podczas chodu.Całość sylwetki dopełniała komiczna kreatura, jakby namalowana akwarelą rękoma nieuzdolnionego plastycznie przedszkolaka.Miało się wrażenie że Stwórca był mocno niedysponowany wypuszczając na świat podobne stworzenie.
Mrok powoli otulał ziemię pierzyną  wczesnego podwieczorka, zaś tuz  przy niedomkniętym oknie, tkwiła szczupła postać Teresy ledwie oświetlona, słabym światłem z gołej żarówki, uwieszonej u wierzchołka sufitu. Trwając w zamyśleniu niewiasta usłyszała donośne odgłosy swych krów, zamieszkujących nieopodal ustawiona oborę.
-Pora dojenia-powiedziała półszeptem, niejako aby dodać sobie otuchy. Stojąc rozejrzała się nadzwyczaj ostrożnie i dojrzała gdzieś wysoko na horyzoncie, księżyc co srebrzył się w całej swej krasie, mieniąc się kolorami szlachetnego złota.Jakby pysznił się swym jestestwem, dumny ze swego przeznaczenia, eksponowania prawideł wyższych. Teresa wpatrując się w jego srebrną tarczę, poczuła nawet ukłucie zazdrości. Zazdrościła mu tej beztroski, swej mocy i twórczej siły, która zawdzięczał swemu hojnemu fatum Ona uboga kobieta, pędząca swój żywot w przestrachu, w niepewności jutra teraz nagle żal żywiła do Stwórcy, ze karze jej trwać w bezustannej niedoli, niepewnego jutra.Wiedziała, że w jej wcieleniu pewna jest tylko ciężka praca bez zapłaty i bez wdzięczności nawet słownej. Jej trudy uwierały i boleśnie raniły swoja realnością. Jej ucieczką stanowiły tylko modlitwy, skromne pienia zanoszone do Boga przebłagalne i pełne pokory, poddaństwa. Tchnięta nagle wewnętrznym impulsem a może siłę, poderwała zerdzewiałe wiadro, bezpośrednio z kranu zaczerpnęła tyle wody aby dopełnić całość i by niesiona woda się nie wylewała z wiadra. Dosypała jeszcze garść owsa i grysu do zawartości wiadra i pędem pobiegła do głodnych krów. Dotarła błyskawicznie do stajni, rozwarła na oścież ciężkie, dębowe drzwi. Jednak odór, który uderzał z wnętrza był niemal obezwładniający i męczył nozdrza swą, naturalną przetrawiona wonią. Teresa zbliżyła się do zwierząt, wiadro ustawiło pod nos raz jednej krowie, następnie sąsiadce tej starszej, która już żywot swój kończyła sprawiedliwie. Nad starszym zwierzęciem się pochyliła i niespodziewana czułość ogarnęła miękkie serce gospodyni.
-Lubię Was moje mućki, tyle w Was wdzięczności,tylko od Was otrzymuje,że daremno jej szukać u ludzi-głos kobiecy mówiący szeptem, zdradzał w swym rytmie nawet nutkę wzruszenia. Zwierzęta, usłyszawszy zacny komplement znienacka poderwały swe olbrzymie głowy wysoko dumnie i jednocześnie jakby ujrzały niewidzialną dłoń dyrygenta, i obie naraz ze swych gardeł wydobyły długą melodię, śpiewną  basową jakby ludzką. Teresa z uśmiechem na ustach, wypadła ze stajni i naprędce zwinnie jakby otrzymała dodatkowa moc, w podskokach po drabinie podreptała na strych i stamtąd olbrzymie pokłady siana jęła wydostawać z ciemnego kąty, który nawet o tak późnej porze zdawał się bardziej jaśnieć niż za dnia. Z upodobaniem dogadzała dobrym apetytom swych krów, które niezdarnie i zachłannie pochłaniały naniesione pajdy siana. -Jeszcze przed pójściem spać należałoby mleka wydobyć z pęczniejących wymion krówek-kobieta metodycznie planowała. Znów ignorując swe zmęczenie, chwyciła za opróżnione wiadra, stojące nieopodal, zaraz też taborecik odwrócony do góry dnem wprawnie  uchwyciła i starannie kończyła ostatni etap swych samotnie wyprawianych czynności. Księżyc rozświecił się intensywniej niż zazwyczaj a  jego podświetlana , gęsta łuna nagle przedostawała się do wnętrza obory, przebijając się przez zaparowane okienko, teraz tylko wypełniające swą funkcję-okna na świat. Przyjemny łoskot padającego mleka i wypełniającego powierzchnie wiadra, dodatkowo radował ducha zapracowanej kobiety, a poświata, podobna do aureoli wydobywająca się z księżyca niejako uświęciła ten ostatni poryw kończącej się doby. Poczuła fizyczny, pulsujący ból w swych spracowanych kończynach, siły zdawały się już odmawiać posłuszeństwa jednakże w tym utrudzeniu odczuwała przedziwną moc i światło ducha. Była to jej codzienna ofiara składana na ołtarzu miłości i wdzięczności Bogu za dary natury. Teresę usypiał tenże dobrze jej znany rytm. Jeszcze chwile zerknęła ku srebrzącemu się księżycowi, jedynemu świadkowi jej codziennych wydarzeń. Księżyc w tym momencie jakby wypalił swa świetność i zdawał się czernić i wtapiać w atramentową czerń nocy. Po chwili usłyszała głośne i miarowe psie ujadanie, instynktownie krowy zastygły w oborze i odruchowo zaczęła je trema ogarniać, strach udzielił  się także prawie już sennej kobiecie. Ujadanie psich melodii znów się nasiliło i z oddali słychać było zbliżające się odgłosy podobne do marszu jakiejś leśnej dziczyzny.
-Ki diabeł tu idzie?-Teresę ogarnął strach podobny do koszmaru. Trwała bowiem między jawa i snem i nie była pewna jaki stan obecnie bardziej przeważa. Tymczasem realność zdarzenia nabrała już realnych choć upiornych kształtów, zamieniając idącą postać w zmorę z krwi i kości sąsiadkę Jaszczurową. Napastniczka utkwiła  złowieszczo tuz pod gęstym splotem utkanych misternie z nici pajęczych u wejścia do obory. Miało się wrażenie,że nawet pajączki sprzyjały  Teresie, stawiając własną pułapkę i broniąc intruzowi dostępu do przerażonej gospodyni.Teresa obawiała się spojrzeć w kierunku tkwiącej tam zjawy, choć czuła intensywność jej palącego spojrzenie,
-Twój pies zagryzł mi kury, najładniejsze-gdakanie przybyłej postaci paliło nienawiścią. Teresa z przerażenia wtuliła się w swą starą mućką, od której w tym momencie czyste mleko czerpała a zwierzę jakby swym opasłym cielskiem usiłowało zabarykadować dostęp swej pani do Jaszczurowej. Tkwiła tak wtulona i nie zdolna spojrzeć w stronę wylewanych oskarżeń. Głos zjawy zawył znów zwierzęco i frazował kolejne zarzuty.
-Wasze psy bandyty mi zabili trzy indyki i te kurki, podam Was do kolegium-napastliwy tumult nie ustępował. Miało się wrażenie że trzymane w garści Jaszczurowej chude kury są całkiem żywe bo wydawały zdrowe gdakania, ruchy ich dziobów  tłumione były kościstymi paluchami swej właścicielki. Wychudłe kury miały bowiem udawać martwe choć ich narastające ruchy brudnych łebków przeczyły śmierci i rwały się do życia. Lecz powstrzymywane przez złośliwą właścicielkę  sprawiały wrażenie jedynie niewinnych zakładników .Przestraszona powstałym widokiem  kobieta, poczęła modły do Boga nagle z dwojona siłą wydawać szeptem.
-Nie chciej odrzucać modlitwy tej bo Twej litości błagamy Cię-Teresę niemal ogarnął płacz jak u przerażonego dziecka schwytanego w paszcze lwa. Niebawem zaś stała się rzecz niezwykła bo stara krowina o nazwie Jagoda co do tej pory jakby niema była, jakby już jej czas na tym łez padole dobiegał końca, w tej chwili otrzymała niemożliwą moc. Niewytłumaczalnie czyny nastały bo znienacka wcale niepordzewiałe łańcuchy krepujące do tej pory ruchy starej zwierzyny same zdołały się wyswobodzić, wypuszczając na wolność i obdarzając ogromnym impetem niewinna starą krowę. Krowa ta podrywając kopyta, wydostawszy się z wnętrza obory naparła z całą mocą w oniemiałą zjawę Jaszczurową. Zjawa zaczęła się pospiesznie oddalać i wrzeszczeć wniebogłosy.
-Psychiczna krowa , psychiczna krowa- wyła ubodzona Jaszczurowa, wypuszczając ze swych objęć przyniesione rude kury, które nagle jakby zmartwychwstały bo biegły bezbłędnie i żwawo o własnych siłach w stronę zupełnie przeciwną niż ich obłąkana właścicielka.
-Ale kino-głos Teresy wyrażał tym razem niebywałą radość zmieszaną z ulgą.Krowa Jagoda zaś po swym nocnym galopie, dumna ze swej misji i w świetle srebrzystej tarczy księżyca, wyglądała jak młode ciele, powróciła do swego miejsca w oborze bardzo potulnie. Gospodyni zaś bardzo zmęczona,wracając do swej małej izdebki nie miała wątpliwości że to wcale nie był sen.

IV Rozdział .

Świt przyniósł spokój i blade ukojenie. Z oddali słychać było muzykę wykonywaną przez narastający wiatr, który uderzał o chwiejny plastik i żelazne sprzęty porzucane przypadkiem wokół podwórza- towary i podarunki dostarczone z zachodu i porzucone tutaj przez Zbyszka. Drzewa poruszały swe rozłożyste konary coraz silniej manifestując swą moc albo bezsilność wobec potęgi przyrody. Wiatr przemieszczał i rozrzucał słabsze i bezwolne zdobycze, którym natura sama nadawała swe przeznaczenie i kierunek swej wędrówki. Teresa spoglądała z zaciekawieniem na siłę witalną głosu przyrody i w zadumie obserwowała kołyszące się korony kasztanowca, majestatycznie poruszane jakby jej samej ukłon oddawały. Przyjazne czuby drzew uchylały i prezentowały w całej  okazałości na wysokość oczu Teresy misternie utkane przez drozdy malutkie gniazdeczka. Teresę rozczulał ów widok. Tchnięta swym nieomylnym wewnętrznym impulsem pognała w stronę dobiegającego z południa wiatru. Stanęła w cieniu kasztanowca a jej twarz smagały puszyste konary liści. Nasłuchiwała melodii i szumu wiatru tkliwego i uzdrawiającego w swym jednostajnym rytmie. Wtem usłyszała odgłos żałosny i nie dający się zidentyfikować ani umiejscowić. Rozejrzała się zaciekawiona w poszukiwaniu źródła głosu, który zrazu przeszedł w bolesny skowyt. Dźwięk stał się jeszcze donośniejszy i jakby walczący o przetrwanie jakby od siły jego głosu zależało przeżycie jego właściciela. Kobieta czyniła kilka kroków w kierunku tlącego się błagania. Zauważyła tuz obok na wzniesieniu gęstych i upiornie wyrośniętych pokrzyw leżącego porzuconego kura, który z pewnością byłby,dumnym wiejskim kogutem, gdyby zechciał ożyć. Kobietę ogarnęły olbrzymie pokłady współczucia i niewysłowionego miłosierdzia. Bez namysłu, kłaniając się sprawdziła puls zwierzęciu. Kur ledwie żył, istniał dzięki sile woli, która gasła w nim w miarę swego cierpienia. Kobieta starannie pogładziła porzucone zwierze i w porywie miłości, utuliła je  jak matka tuli niemowlę. Kogut  okazując swą wdzięczność zapiał przeciągle jakby go niespodziewane  wyróżnienie nobilitowało. Teresa spojrzała na to zdane na nią samą, bezbronne stworzenie, wychudłe, młode, mocno umęczone, patrzące w nią z przestrachem oczętami podobnymi do malutkich paciorków. Niewiasta niezmiernie ostrożnie badała każdy fragment ciała poszkodowanego. W samą porę dostrzegła otwarte złamanie tuz nad rogową ostrogą na stopie rannego. Nie tracąc czasu, ani zimnej krwi i zachowując precyzję godną ofiarnego chirurga, kobieta przystąpiła do prowizorycznej operacji. Zwinnymi, płynnymi ruchami delikatnych dłoni, wiedziona bezbłędnym impulsem uzdrowiciela,dokonywała heroicznej czynności przywrócenia życia, stworzeniu tkwiącemu na granicy śmierci. Fachowo oszacowała iż znaleziony od dłuższego czasu nie przyjmował pokarmu, został bowiem bezdusznie porzucony na pewna śmierć.  Z trudem opanowała cisnące się do jej czułego serca wzruszenie. Szczelnie utuliła gasnące życie, porzuconej istoty jakby pragnęła je instynktownie ochronić przed okrucieństwem świata. Nasłuchiwała z lękiem, w milczeniu marnego pulsu zwierzęcia, co rusz je utulając i siłą woli nadając mu siły do przeżycia. Z razu dobiegały ją miarowe i nerwowe kroki zbliżające się ku niej. Bez spoglądania wstecz, rozpoznała do kogo ten drapieżny chód należy. -Tereska rozumu Ci odjęła na starość, zakop to paskudztwo bo rosołu z tego nie będzie-bezduszny głos należący do Zdycha, uderzał we wrażliwe struny jego dobrodusznej żony. Teresa trzymała w objęciach bezbronne zwierzę, które w odpowiedzi nagle zatrzepotało swym lichym upierzeniem i cicho załkało. Zbigniew dziwacznie przebrany w czerwony damski płacz i zbyt szerokie spodnie w dłoniach dzierżył olbrzymią , niedopinającą się walizę podróżną, związaną niedbale prowizorycznymi łańcuchami ulepionymi ze starych sznurówek. Teresa westchnęła z zażenowania bo domyśliła się że wszystkie jej trzewiki mąż zdołał ogołocić z potrzebnych wiązadeł po ty by swój dobytek eksportowy jako tako zapakować. Zbyszek z wyższością spojrzał jeszcze na swa żonę zajętą, przywracaniem życia chudemu kogutowi.
-Jadę do pracy do Moskwy tam będę miał niebo, a Ty wariatko pieścisz jakieś paskudne ptactwo, zamiast chwycić się lepszej roboty- Zbigniew zakpił mściwie,
-Nie będę marnował czasu na głupie gadanie z Tobą, bo mi autobus odjedzie -mężczyzna chwycił rozwalająca się walizę, z której wypadały już stare kalesony i dziurawy niegustowny surdut. Pognał w stronę przystanku autobusowego, nie zaszczycając swej żony nawet przelotnym spojrzeniem i gubiąc po drodze niektóre części swej garderoby. Teresa ucieszona, podeszła ukradkiem ku zapomnianym częściom ubrania i w swym namyśle podumała o przydatności miękkich łachmanów. Z owych szmat uczyniła ciepłe gniazdo dla cierpiącego kura. Zwierzę starannie zaniosła i ułożyła w swej izbie obok kaflowego pieca, a z niedowiezionych rajtek męża wykonała ciepłe łoże a surdut przysłużył się za nakrycie wątłego jestestwa koguciego. Jednym susem wybawicielka pognała do piwnicy i stamtąd w garści najlepsze ziarna owsa wydobyła z wnętrza przepastnego wora i jęła nimi karmić  ziarenko za ziarenkiem wprost i subtelnie do mizernego dzioba kura. Popychała żarliwie każde ziarenko, następnie chwyciła za pajdy chleba ułożone na stole i nimi zamierzała wypełniać wychudzony kufer koguci. Z każdym połkniętym ziarnem, z każdy następnym czułym gestem dobrodziejki, wracało tchnienie i nadzieja w uratowanie życia, porzuconemu kogutkowi.
-Musze Ci dać wyjątkowe imię, wiem jako ze zostałeś cudownie odnaleziony, nazwę Cię Antoś-dumnie i czule modulowała swój głos jego wybawicielka. Wtem niespodziewanie, ów szczelnie ukryty kur, czystko, cicho a prawie ślicznie zapiał.
-Kukurykuuuuuuuuuu - była to radosna aria, jakiej jeszcze, wyczulone ucho Teresy nie słyszało. Przyjaźń została zawarta. Gdy tak w milczeniu gładziła budzące się i uratowane życie, wtem usłyszała z odległej izby alarmujący dzwonek telefonu stacjonarnego. Niespiesznie pobiegła w kierunku natarczywego dzwonka, licząc na to ze dzwoniący zaprzestanie alarmu. Ciężko dysząc policzyła na głos do dziesięciu i z niechęcią chwyciła za słuchawkę telefonu i niezbyt uprzejmie zaczęła.

-Czego tam?-głos Teresy wyrażał niechęć i nutkę złego przeczucia.

-Tu Komenda Policji w Kurzej Woli-tubalny męski głos odwzajemniał niechęć. -Zastałem panią Teresę?Jest pani pilnie proszona o wstawienie się dziś na Komendzie Policji- policjant jednym tchem wymówił wyuczoną formułkę. Głos Teresy zadrżał powodowany strachem i rosnącym przerażeniem.
-Taa, będę zaraz, przyjadę rowerem-odparła. Usłyszała tymczasem dźwięk odkładanej słuchawki. Jej duszę zalała fala goryczy. Niechętnie oderwała wzrok od uratowanego kura. Upiła szklankę ukwaszonego mleka, którego rankiem zapomniała spożyć. Zaczerpnęła jeszcze jedną porcję z aluminiowego garnka i wypiła duszkiem jeszcze dwie takie same porcje. Jej szczupłą twarz okalały teraz białe wąsy. W pospiechu chwyciła za trzymany w szkatułce różaniec, by dodać sobie otuchy i przyodziewając się o zeszłoroczne palto, popędziła po swój niezawodny środek lokomocji-bardzo wysłużony rower damkę. Usadowiła się naprędce na nisko osadzone siodło i parła w kierunku niespodziewanego wezwania, w duchu wymieniając swe ulubione modły. Wiatr tym razem sprzyjał jej wędrówce bo dął w kierunku tym samym co obrany cel. Dotarła przed umówionym czasem, rower ustawiła obok szarego, budzącego grozę budynku. Ściskając w dłoni ukryty w kieszeni różaniec, dysząc zmęczeniem skierowała się bezbłędnie pod pierwsze przypadkowe wejście, tam została gestem przez olbrzymiego człowieka,groźnie wyglądającego zaproszona  do ukrytej gdzieś w suterenach niewielkiej komórki. Pchnęła ciężkie, dębowe drzwi, a w jej nozdrza uderzył odór potu zmieszany z odorem palonych papierosów. W malutkim pomieszczeniu, wśród gęstych kłębów dymów siedziała młoda blondynka w mundurze policyjnym, dziwacznie umalowana. Jej przerysowany makijaż komicznie uwydatniał niemal końską urodę młodej policjantki. W głębi wąskiego pomieszczenia sterczał wysoki barczysty policjant, o surowej twarzy jakby wykutej w kamieniu. Urzędowo ogarnął surowym spojrzeniem drobną postać Teresy i ogromną dłonią wskazał na mały taboret. Teresa niechętnie zajęła niewygodne miejsce na skrzypiącym stołku.
-Została tu pani wezwana, jak się pani z pewnością domyśla... chodzi o podpalenie wy... to znaczy wyjściowej toalety państwa Jaszczurów-kamienna twarz policjanta nie zdradzała żadnych emocji. Za to młoda policjantka  z trudem hamowała napierającą nań wesołość.
-To jakiś absurd, Bóg mi świadkiem, że jestem niewinna. Co mi jakiś wychodek szkodzi? Niech by se stał i śmierdział. Co za durne zarzuty na litość Boską!- głos Teresy niemal płonął gniewem.
-Zostanie wszczęte postępowanie i zostaną powołani i biegle i się okaże kto zawinił-kamienna twarz otyłego mężczyzny nawet nie drgnęła. Powstałą cisze zagłuszał jednostajny stukot maszyny do pisania. Szczupła blondynka nagle wybuchła niestosownym śmiechem a jej przełożony niespodziewanie wydał komiczny rechot a jego twarz poczerwieniała niezdrowo, jakby od dawien dawna nie poddawał się spontanicznej reakcji.
-Niech się pani nie martwi, nic pani nie grozi to nie pierwsza skarga złożona na panią przez Mścisława Jaszczura -tubalny głos policjanta na powrót stał się bez wyrazu. Teresa poczuła prawie natychmiastową ulgę, radość przyjemnie radowała jej skołatane nerwy.
-Bóg zapłać, będę się za Państwa modlić-wdzięcznie odparła wezwana. -Proszę w najbliższych dniach się spodziewać biegłych będą oni szacować miejsce strat i mogą tez rozmawiać ze świadkami-ostrzegał z powagą starszy policjant. Teresa bez słowa odeszła mijając po drodze dumnych pracowników mundurowych z wyższością spoglądających na siebie wzajemnie. Kobieta śpiesznie pognała przed siebie, ze świeżego powietrza chłodnego  dnia, zaczerpnęła potrzebną otuchę. Popędziła po swój rower, dosiadła go, powoli posuwała się w cieniu rosnących wierzb. Trawiła w sercu niedorzeczność ludzkiej podłości. Dumała nad ludzką nikczemnością, dla której zrozumienia nigdy nie odnajdywała Tymczasem jej stary wuj, dopiero powrócił ze swych samotnych i ulubionych bo pieszych wędrówek. W dłoni dzierżył mało przydatne pakunki. Wrócił dziś znacznie szybciej ze swych pieszych przechadzek bo głód go znienacka zmógł. Swe siermiężne kroki skierował wprost do kuchni, gdzie z pewnością liczył na ugotowany przez siostrzenicę obiad. Wpadł do przytulnego pomieszczenia, które nie nosiło nawet śladu spożywanego obiadu. Ujrzał pustą szklankę po wypitym mleku, w brzuchu między kiszkami poczuł głośne burczenie. Sprawnie zaś przyniesione znaleziska ułożył pod własną wersalkę i nacierając ręce, począł przeszukiwać lodówkę. Chwycił za pajdę sera i zachłannie upychał swą bezzębną szczękę, trzymanym kurczowo twarogiem. Posłyszał nagle kwilenie, które przeszło zrazu w głośne, zdrowiejące pomrukiwanie.
-O kurka, kogucik-stary wuj zaśmiał się do zastałego widoku. -
Zrobię z Ciebie koguciku porządny rosół- wlepił swój wzrok w bezbronne stworzenie,  jego starcza gęba rozwarła się na oścież a z niej wypadła przeżuta część sera, która upadła wprost do dzioba wybudzonego ze śpiączki koguta. Stary chaotycznie począł czynić przygotowania do obiadu, zamierzał ubiec i zawstydzić Teresę i przyrządzić sprytny posiłek z wylegującego się kura. Ciężkim tupaniem wymaszerował do piwnicy, tam przepychając się ze stadem wybudzonych i gdakających kur, planował dostać się do narzędzi zbrodni, którymi z okazji świąt i niedzieli pozbawiał żywota dowolne ptactwo. Drób wybierał losowo, wybierał to co akurat napatoczyło się na drodze nienasyconemu staremu. Dostrzegł w mroku piwnicy ponad tuzin kur i kurcząt, okrakiem wykonując tor z przeszkodami, mijając drób przedarł się do ukrytego na dnie szafy schowka. Tam wymacał tępe noże i denaturat.
-Mam, zaraz będę miał rosół jak się patrzy-radował się do swych myśli starszy jegomość. Wtem posłyszał cudze kroki, skoczne, szybkie wyraźnie nadchodzące. Podskoczył bo usłyszał głośny dźwięk podobny do odkładanie roweru.
-Kogo tam niesie?-stary zawołał nie bez lęku a jego ochrypły głos niósł się echem po pustym wnętrzu sutereny. -Kogo się. się?- odpowiedziało mu echo. Drzwi do wnętrza pomieszczenia, rozwarły się na oścież wydając głośne, upiorne skrzypnięcie. Wraz z nim do piwnicy przedostało się uderzająco jasne światło, a zaduch piwniczny zachłannie pochłaniał świeżość pochodzącą z zewnątrz. Straszy wstrzymał oddech jakby z obawy ze świeży powiew wiatru wchłonie także i jego postać i pozbawi bezpiecznego, pewnego schronienia .Zasapał i nerwowo zamrugał ciężkimi powiekami. Zastany widok brał za majaki zmęczenia. Serce dziadka dudniło przestrachem.
-Ambroży, litości coś tak zbladł jakbyś ducha zobaczył?-Teresa mierzyła zastygłą przestrachem postać starego wuja, w dłoniach dzierżącego długi, tępy nóż i wściekle fioletowa ciecz do połowy wypełniającą butelkę po wódce.
-O Boże Tylko nie mojego Antosia!- głos Teresy łamał się przestrachem. Kobieta chaotycznie najpierw kręciła się wokół własnej osi, usiłując zapanować nad złowrogim przeczuciem i z trudem panowała nad ogarniającym ją gniewem. Butelkę z denaturatem, staremu wyrwała  i z wrzaskiem wyrzuciła do nieopodal znajdującego się kosza na śmieci. Noża wuj nie pozwolił sobie wytracić, trzymał go mocno w swych żylastych dłoniach. Wuj  patrzył bez słowa z litością na siostrzenicę walecznie biegnącą przed siebie, która w galopie gubiła swe pozbawione sznurowadeł trzewiki. A jej drobna postać błyskawicznie ginęła w mroku piwnicy, w asyście głośnego gdakania mijanych kur .Kobieta bosą stopą uderzyła w tekturową przeszkodę i błyskawicznie pognała do pomieszczenia kuchennego gdzie spodziewała się zastać uratowanego kura. Był, oddychał miarowo, okryty niemal zupełnie tym samym surdutem. Chwyciła to bezbronne stworzenie i pomknęła do kryjówki, należącej do jej męża, który ku radości swej żony, pędził swobodny żywot gdzieś daleko na robotach na zachodzie. Obejrzała z niechęcią opuszczone pomieszczenie męża;drażniły jej źrenice; rozrzucona w nieładzie odzież i podarte skarpety. Zastała otwarte szuflady na oścież, z każdej wystawały nieaktualne już niezapłacone i zapłacone rachunki  oraz zbędne rzeczy o przedawnionej ważności. Wysuszone kwiaty porozstawiane bez ładu na parapetach i wystające badyle doniczkowe, domagały się wody i opieki. Ustawiła na miękkim dywanie uratowanego kura i pognała naprędce do kuchni po chlebek dla niego. Z niezwykła siłą i determinacją gorliwego żołnierza, czynności domowe dziś czyniła nadzwyczaj starannie, bez ociągania i jakby z większa ochotą i cierpliwością. Obiad niebawem przyszykowała pachnący i wykwitnie smaczny. Zużyła same warzywa i jajek kilka, wyczarowała proste i dogadzające podniebieniu danie. Wuj kilkakrotnie po dokładkę sięgał i z gara głębokiego wyjmował dla siebie gęste warzywa. Mlaskał i cieszył się z uczty tak przyrządzonej. Tymczasem kogucik w sąsiednim pokoju kuracji kosztował i z chwila każdą następną do zdrowia powracał, czym radował miękkie serce swej gospodyni.

V Rozdział.

Dzień następny przyszedł wraz ze skwarem gorąca i coraz to nową porcją wczesnoletnich upałów. Gdzieś w oddali słychać było śliczne i wyszukane melodie drozda. Każda następna nie powtarzała rytmu, inaczej snuła melodię, zdawało się że i ptaki cieszą się z nastania Święta Bożego Ciała. Teresę także radowały i śpiewnie nastawiały odświętne chwilę. Naszykowała, kwiecista i zwiewną sukienkę, dopasowała pod kolor tulipanów brązowe czółenka. Torebkę ze skaju dostroiła do stroju i w garści trzymała. Włosy naszykowała paradnie aż nazbyt, bo misterna fryzura zdawało się w aureolę chciała się przeobrazić. Tak przygotowana, lekkim chodem prawie tanecznie wuja Ambrożego wylewnie pożegnała,pouczyła cierpliwie do postępowania należytego na czas jej nieobecności w gospodarstwie. Przezornie na klucz zamknęła uratowanego kuracjusza Antosia w pokoju obok, okno mu wcześniej lekko przychyliła aby mu śpiew ptaków rozweselał powrót do zdrowia. Ustawiła spore porcje żywności tuż obok wezgłowia rekonwalescenta. Dumna ze swej zaradności, przeżegnała się dwa razy nabożnie i  pieszo do Kościoła na rozpoczynające się nabożeństwo zmierzała. Parła przed siebie, samotnie i żwawo a jej strojna suknie przyjemnie przy skromnym wietrze łomotała. Kobieta spoglądała na rozłożyste pagórki, bujną roślinnością podszyte, jej nozdrza przyjemnie drażniły zapachy rozsiewane przez kwitnące jaśminy. Patrzyła na mijane okolice lecz wcale je nie podziwiała bo znała je już na pamięć. Wtem przystanęła przy rozświetlonym i paradnie udekorowanym obrazie Bogurodzicy. Jej oczy napełniły się łzami wzruszenia .Kroczyła dalej dumnie aż ujrzała olbrzymia wieżę kościoła i tam się udała. Zewsząd napływały powodzie różnorakich  wiernych paradnie przyodzianych. Maszerowały tez dzieci ubrane na ludowo i ukwiecone odświętnie. Zewsząd biły dzwony potężnie jakby moc nadprzyrodzoną posiadały. Teresa zmieszała się z tłumem i z nimi napierała na rozpoczęte już nabożeństwo. Upajały ją śpiewy uroczyste i nabożne, w każdy wsłuchiwała się duszą cała i uczestniczyła  nazbyt poważnie. Gdy już śpiewy przycichły a msza święta za szybko dobiegła końca, duchowni z Monstrancją pod baldachimem zmierzali do ołtarzy czterech,ich pochód znaczyły wonie cokolwiek podniosłe i napełnione kadzidłem. Organista rozpoczął ulubioną pieśń Teresy "Zróbcie Mu miejsce Pan idzie z Nieba..."Pobożny lud wypychał wnętrze Świątyni i z wolno przesuwał się w stronę odległych pól. Pieśni uroczyste niosły się wraz z powolnym poruszeniem wiernych. Tłum nieprzerwany zdawał się nie kończyć wcale. Teresa kroczyła gdzieś z wolna pośrodku. Jej dusza radowała się wielce a lica płonęły zachwytem. Podziwiała dzieci zajęte sypaniem kwiatów, rozdzwonione i roześmiane promiennie i czysto. Oglądała niekiedy z ledwie tłumionym zachwytem ślicznie przystrojone dróżki. Zewsząd powiewały kolorowe wstążki co chciały się do tęczy upodobnić. Wietrzyk lekko i ostrożnie powiewał jakby mu zależało na tym by misterne robótki do dekoracji przeznaczone nieco poruszyć, roztańczyć i dodać im odświętnego powabu. Niski, ochrypły głos organisty wyśpiewując czyste hymny pochwalne, niekiedy łamał się fałszem jakby go wzruszenie chwytało za gardło a może drażniły go wonie mocnego kadzenia. Dookoła kroczyły noga za nogą kobiece postacie, raczej starsze i bardziej pochyłe. Z rzadka z tłumu dało się uchwycić młodzież bądź co młodsze damy. Jeżeli z tłumu wyróżniała się choćby urodą młodsza niewiasta, wtedy jej myśli i zachowanie wcale nie zdradzało skupienia. Zdawało się, iż głaszcze swe stroje, dekolt wypina, wytęża swe wdzięki i pyszni się swą młodością. Teresa niezbyt przychylnie widziała pobożność u młodych. Raziły jej skrytą dusze; powierzchowne i z obowiązku wykonywane praktyki religijne. Rozmodlona dusza Teresa głębszego znaczenia poszukiwała. Na otaczający ją gęsty tłum z grzeczności patrzyła,rozglądała się tylko wtedy  gdy paliły jej skromne lica cudze zaciekawienia. Rozległy pochód zamykała para dziwacznych, odmiennych postaci. Stanowili je państwo Jaszczurowie. Obydwoje w zimowe kożuchy szczelnie przyodziani. Żona Jaszczurowa obok zimowego, spłowiałego kożucha, przebrana była w kalesony koloru jaskrawożółtego. Nogi obute były w stajenne gumiaki, oba lewe i wcale do siebie nie podobne. Lewy nosił ślady stajennego trudu i człapał śmiesznie za głośno. Prawa stopa obuta była w lewy gumiak zabarwiony kolorem krwi. Głowa zaś do połowy schowana była w zimową czapkę zakończoną dziecinnym pomponem. Mąż Jaszczur dumnie prezentował się w tak samo spłowiałym kożuchu, z kieszeni którego wystawały napoczęte kanapki, zawinięte w folie. Mścisław spodnie miał dresowe i zbyt ciasno opinające przesadną otyłość. Nogi obute były w plażowe pantofle. Głowę jego zdobił damski beret koloru żółtego. Nastrój tymczasem panował podniosły i stosowny do wydarzenia. Rozdzwoniły się dzwony, wierni przykucnęli bądź kto bardziej gorliwy uklęknął na twardym podłożu. Panowała idealna cisza, przystojny duchowny, przyozdobiony złotymi ornatami, wstał i ustawił się szykownie tuz przy Maryjnym Obrazie i począł wyuczoną dykcją czytać zamieszczone w mszale Słowa a jego doniosły głos dudnił wzdłuż wiejskich dróżek wzmocniony dodatkowo ustawionymi gdzieniegdzie mikrofonami, ' I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów, a na głowach jego siedem diademów. I ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba:i rzucił je na ziemię. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię." Wierni słuchali w milczeniu przyjemną barwę głosu dostojnego prezbitera. Tymczasem znużeni małżonkowie Jaszczurowie ustawieni na zupełnym końcu procesji, poczuli głód i nieokiełznaną nudę albowiem nie rozumieli sensu czytanych słów. Ziewając poczęli wyrywać sobie wzajemnie ukryte w dziurowej kieszeni kanapki. -Zostaw moja!-bronił swojej własności małżonek. -Daj kawałek-ślubna  wyrwała część nierównej pajdy niemal z ust swemu mężowi. -Smaczny salceson, kupiony u ruskiego za dwa trzydzieści-chwaliła się Jaszczurowa. Kilkuosobowa grupa młodocianych, klęcząca nieopodal państwa Jaszczurów, która do tej pory pokornie uczestniczyła w nabożeństwie, nagle poczęła parskać ze śmiechu pod wpływem mimowolnego obserwowania dziwacznej, starszej pary. Młodzi coraz śmielej szeptali sobie wzajemnie do ucha, tylko sobie wiadome słowa i  radowali się tym co zaobserwowali. Zerkali ukradkiem na starszych, komicznie przebranych małżonków a ich spontaniczne komentarze sprawiały, że młodzi z trudem panowali nad napierającą  ich wesołością. Owych mimowolnych przejawów radości, strawić nie byli już w stanie sami wyśmiewani.
-Cicho smarkacze, co Wam tak wesoło?-głośno i groźnie upomniał młodych Mścisław.
-A co, swędzi Cie pompon na głowie?-wyszydził szczupły jak szczypiorek jakiś młokos. Pod wpływem owych słów powstał coraz bardziej liczny śmiech, zakończony nerwowym młodzieńczym parskaniem, który zarażał kolejnych uczestników procesji. Tymczasem rozeźlona Jaszczurowa, chwyciła dowcipnego młokosa za kapiszon i poczęła nim potrząsać tak mocno i nerwowo, iż o mało nie złamała w pól jego szczupłej sylwetki. Do pomocy młodemu i w jego obronie solidarnie stanęła niemal cała zgromadzona tam młodzież. Doszło do niestosownej i niemal bluźnierczej wymiany ciosów.  Jednakże skruszona młodzież z zawstydzenia składała już broń. Młodzież gotowa była na zgodę lecz doprowadzony do wściekłości  stary Jaszczur zaklął zbyt szpetnie, co wprowadziło natychmiastową konsternację i przerażenie wśród zgromadzonej wiary. Kapłan, który w oddali śpiewnie jak słowik  kończył czytać Słowa Boże, spojrzał zgorszony w stronę powstałego zamieszania i głośno wymówił. -Proszę  służby porządkowe o natychmiastowe usunięcie groźnego smoka co ma siedem głów i dziesięć rogów i który tam z tyłu utrudnia nam uczestnictwo w procesji Bożego ciała- dostojna mowa duchownego popłynęła zręcznie, wywołując jedynie chwilowy popłoch  wśród pobożnych. Rozmodlona Teresa obejrzała się na sam koniec procesji i obserwowała trzech rosłych mundurowych młodych mężczyzn, którzy wyprowadzali skutych w kajdanach wymienionych winnych. Jaszczurowie prowadzeni byli wzdłuż pogrążonych w absolutnej ciszy wiernych. Skuci w kajdany co rusz odgrażali się w stronę zajętego czynnościami liturgicznymi poważnego i niezrażonego duchownego.
-Do sądu napisze, że nie dadzą nam być pobożnymi katolikami -odgrażała się piskliwie żona Jaszczurowa.
-Wystosuję wniosek do sądu że nie pozwalają nam  uczestniczyć w procesie, tfu w procesji-zawodził złowrogo  małżonek Jaszczur prowadzony podobnie jak jego żonka do opancerzonego radiowozu, nieopodal zaparkowanego, świecącego się nazbyt wymownie. Tymczasem Teresa ubawiona wydarzeniem, pogodny nastrój nosiła do końca tegoż parnego i przepięknego bo uroczystego dnia.

VI Rozdział.

Mrok powoli skrywał ziemię powietrzem orzeźwienia. Chłodu i spokoju potrzebowały nie tylko rośliny by odpocząć nade wszystko Teresa czekała na wieczór. Albowiem dzień mijający mocno udręczył i miażdżył nadmiarem obowiązków do wypełnienia a  także udrękami do przetrwania. Gdy zmrok już całkiem zasnuł ziemię, kobieta słaniając się, ułożyła się na swej wysłużonej wersalce a jej myśli szybowały,  błądziły przyziemnie .Odruchowo opatrywała wzorkiem swe spracowane i przedwcześnie wyniszczone dłonie, których wiek znacznie odbiegał od ich zastanego wyglądu. Wspomnienia trudu dnia jeszcze niezakończonego nadbiegły i dały znać o sobie w postaci rwącego bólu w okolicy stawów. Rozpamiętywała i radowała się na myśl najpierw, że samotnie mierząc się z własnymi niedogodnościami, przytaszczyła z odległych łąk i pastwisk olbrzymie złoża siana dla krów. Długie popołudnie przeznaczyła na przewożeniu ususzonej trawy na taczkach, pordzewiałych i ciężkich. Pamiętała wyraźnie Ich powolny ruch napędzany silą jej mięśni.  Miarowe popychanie manufaktury wprawiało w śmieszne udźwiękowienie wleczone łańcuchy, które nieposłusznie ześlizgiwały się z olbrzymiej kopy siana i stykały się z drewnianymi trzewikami właścicielki. Teresa nie zważała na niewygody, w transporcie nieokiełzanego siana posiadała już olbrzymia wprawę i taka samą cierpliwość. Niekiedy gęsiego też towarzyszył jej stary wuj. Jednakże ów wuj nie przepadał za wyrzeczeniami i jego lżejsze taczki,wiozły jedynie sianko ledwie pościelone jakby dla królika było przeznaczone. Siostrzenica nie miała zwyczaju pouczać wuja bo on wcale nauk nie przyjmował. Swe obowiązki stary  wolał wykonywać po swojemu, swoja miarą. Zdarzyło się i to wcale nie rzadko, tak było i w porze obiadowej choćby dziś. Jej krewny po długim mlaskaniu nad pełnym talerzem skwarków z ziemniakami, doprawionymi zieleniną, poproszony o dowóz siana wstał ze swej pościeli chorobliwie niechętnie i począł symulować choroby rozmaite.
-Uf jak boli, nie dojdę nawet do progu, muszę odpocząć-skomlał stary i zastękał przy tym komicznie. Teresę poruszały cierpienia starca i ofiarowała mu odpoczynek. Sama zaś rezygnując z pożywienia, chwyciła za swe pordzewiałe narzędzia pracy i bez słowa popędziła na najbardziej oddalone łąki i samotnie tam grabiła, to znów wprawnie kładła i upychała siano tak gęsto by wydajnie je dostarczyć, nie licząc się wcale z nagromadzonym ciężarem i nie troszcząc się o własne możliwości. Nie bacząc na niemiłosierny skwar wylewany z nieba, czyniła swe powinności wyczynowo i sumiennie. Tymczasem wypoczywający i zażywający lenistwa miejscowi mieszkańcy obserwowali ze szczerą litością znaną im z widzenia spracowaną chłopkę. Teresa Tymczasem uśmiechnęła się znacząca do wspomnienia, które ją teraz odwiedziło i napierało niespodziewanie zbyt przejrzyście. Pamiętała dokładnie, gdy tak grabiła w pośpiechu niezdarne siano, wtem usłyszała od strony pleców, wysoki męski głos posługujący się nieurzędową gwara.
-Hej ta Tereniu, loboga, loboga- biadolił przybysz.
-A co tam patrzycie, siana żeście nie widzieli?-Teresa niezbyt uprzejmie odparła na zasłyszaną zaczepkę. Mężczyzna był wieku raczej średniego, odzież miał staromodną, przykurzoną, koloru burego. Budowę ciała miał bardziej chudą i niezbyt postawną. Jedynie czym się mógł wyróżniać to  bujnością kędzierzawych włosów, ciemnych i nie siwych jeszcze.
-Pomogę Wam patronko, co tak samiutkie tu stajacie?-odezwał się tamten. Nie zważając wcale na protesty pracującej i oniemiałej ze zdziwienia niewiasty. Prężnym chodem dopadł grabi i począł zamaszystymi i  płynnymi ruchami układać siano na kupkę. Następnie zawołał gdzieś w przestrzeń lasu.
-Gniady, pójdź ta, gniady- wrzeszczał jakby do stojącej w najbliższym otoczeniu topoli. Zza drzewa tymczasem, wydostał się  posłuszny brązowy koń, uroczy jak z obrazka i  zaprzężony w zadbany wóz, wytwornie wyrzeźbiony. Niebawem wytresowany koń, niczym pies myśliwski przystanął zwinnie tuż przy Teresie, wozem niemal stykając się ze skonsternowaną kobietą. Koń bez taktu wpatrywał się w kobiety filigranową sylwetkę po czym zaparskał jakby z przyganą.
-Manuś jestem-przedstawił się przybysz, przerywając niezręczną ciszę..
-Mi Teresa na imię- powiedziała do odwróconych, zgarbionych pleców, mężczyzny.
-A ten koń Gniady właśnie powiedział, że nie pasujecie do tej chłopskiej harówki- wszedł w słowo mówiącej. Teresa oniemiała, zawstydzona tylko skinęła głową a niebawem i wielka głowa końska jakby przedrzeźniając kobietę także podobnie skinęła.
-Ja sam se rady dam,Wy stójcie i głaskajcie ino konika-polecił Manuś. -Będę, wdzięczna. Bóg zapłać-kobieta zabrała się za głaskanie olbrzymiej końskiej grzywy. Gniadego właściciel poderwał widły i grabie naraz do obu rąk. Teresa tymczasem onieśmielona, odeszła po chwili niezauważona w stronę najbliższej topoli i w cieniu jej rozłożystych konarów, głośno dysząc usiłowała, zaczerpnąć siły i ochoty do dalszej pracy. Obserwowała zwinne i oszczędne ruchy parobka Manusia, któremu widocznie zależało na szybkim ukończenia zadania. Koń Gniady, posłusznie stał zaprzężony a jego podłużna grzywa dyndała, podczas gdy głowa jego chciwie skubała z polana to co na niej zostało do zaspokojenia apetytu. Gniady nie posiadał wcale wyszukanych kubków smakowych, skoro zadowalał się tym co przypadkowo napotkał podczas zachłannego przeżuwania pozostałości. Końska uzda co rusz opadała to znów instynktownie powracała na miejsce, zwinnie i pociesznie. Kobietę ogarnęła fala radości, na przemian ze wzruszeniem. -Manuś, robota pali Ci się w rekach jak się patrzy.
-A no pali, robotnym jest to mi idzie-zasępił się parobek.
-A może pomóc Ci, będzie szybciej. -Nie trza, stójcie tam kędy stoicie. Koń ponownie zaparskał bardziej przeciągle z dezaprobatą, jakby rozumiał o czym się prawi.
-A może chcecie się napoić? -parobek odgadł pragnienie kobiety.
-No, chce się a co macie?-spytała.
-Mleko zsiadłe ino no i wodę dla konia i chlebek suchy też dla konia. Co wybieracie?
-Będzie mleko zsiadłe. Mężczyzna sapnął podobnie jak koń i otarł charkając wpierw swój gruby nochal o wystający mankiet rękawa i bez ociągania, wyrwał uwieszony obok uprzęży konia gumowe zawiniątko i bez słowa wręczył go Teresie.
-Dziękuję, raczej Bóg zapłać- Rumianą z zawstydzenia twarz kobiety nagle rozjaśnił przyjemny uśmiech i ukazał się przyjazny blask w jej zielonkawych źrenicach. Kobieta ostrożnie przyjęła pakunek i niebawem niepewnie a może bez smaku opróżniła mniejszą zawartość gumowego słoja.
-Trza jechać-wymówił parobek a jego poorana ciężką pracą twarz z blisko zdawała się nawet starsza. Jedynie kędzierzawa grzywka z rzadka przyprószona siwizną świadczyła o żywotności pracującego na roli. Gniady przeżuwszy pozostałości, począł oglądać bez cierpliwości swego zmęczonego pana i ogarnął mało przychylnie skromna posturę kobiety. -Jedziemy a co z taczkami?-spytała.
Manuś bez słowa, dopadł opuszczone taczki i przycumował je na tyły wozu, zdołał łańcuchami je sprawnie przyłączyć do wystających dyszli wozu. Pętla sprawiała wrażenie stabilnej. Niewiasta patrzyła na wyczyny parobka bardziej jakby oglądała pokaz cyrkowy,  nie po raz pierwszy wprawiały w zadumę, wymyślne pokazy parobka. Wspomnienia nadal wdzierały się w nieuśpioną jeszcze czujność. Skrywając swą głowę w  ramiona, dłonią przetarła pot z czoła i wdzięcznie uśmiechnęła się na lekki powiew wiatru i rozpoczęła krepującą wspinaczkę na sam wierzchołek olbrzymiej kopy powstałej z siana. Z ulgą wysoko zasiadła i zwinnie podwiązała wystające powrósła. Parobek ustawił do swej gardzieli pozostałości tego co zostało z gumowego słoja, nie racząc wcale spojrzeniem zawstydzonej kobiety. Chwycił suchy chleb i karmił nim raz siebie a potem konia. Teresa widziała z góry jak skromny parobek swego Gniadego raczył lepszymi pajdami, sam dla siebie zaś zostawiał ususzone kawałki.
-Wio hetta, wiśta!, wio-zaskrzeczał parobek prawie dławiąc się suchą skibą co mu w przełyku utkwiła i zrazu usadowił się zwinnie na początku wozu. Jego pooraną gębę nagle czkawka poczęła gnębić i muchy stadnie zaczęły nadlatywać złośliwie, często i blisko, tylko po to by nasłuchiwać jak parobek zwalcza czkawkę głośnym sapaniem. Wóz ruszył bez ociągania coraz szybciej i żwawo pozostawiał za sobą ślady wyżłobienia po kołach ciężkiego wozu. Śmieszny turkot wleczonych z tyłu taczek świadczył  o słuszności pomysłu z zaprzężeniem. W pobliżu pokrzepiająco szumiały szerokie topole, kłaniała się na wietrze uschnięta osika  a nawet  płacząca wierzba, która krzywo wyrastała z płytkiego potoczka.
-Jezu, Maryjo! -zawołała kobieta bo poczuła niejako jak żołądek podbiega jej do okolic gardła. -Wolniej, wolno!-zawołała ponownie.
-Koniowi to powiedzcie bo to on prowadzi- zaśmiał się Manuś. Koń wcale niezrażony docinkami, galopował szybko coraz szybciej. Kobieta zamknęła oczy a jej dusza modły szeptała własne, powstałe  z połączenia strachu i może bardziej z wdzięczności. Gdy jej drżące wargi przestrachem wymówiły już zrozumiałe  "amen" wtedy kobieta przetarła oczy ze zdumienia bo zobaczyła własne w pobliżu znajome podwórko. Już mierzyła się do skoku, wdzięczna za szczęśliwe ukończenie kursu. -Siedźcie tam!-polecił Manuś. -Ni, bo tu mieszkam, schodzę-kobieta niemal sfrunęła z olbrzymiej wysokości, walcząc z niesłychanymi zawrotami głowy. Manuś ze zdumienia podniósł swą krzaczastą brew. -Wy macie lepszy spryt niż młódka-źle uzębiona szczęka parobka rozchyliła całą swą okazałość, co wprowadziło mimowolny chichot u niewiasty. Ze skrzypiących drzwi od strony domu, wydostał się stary wuj, niemrawym krokiem dzierżył  wtulone w ramiona, dwa osobne talerze.
-To zacierka na mleku-zachwalał. Teresa chwyciła mniejsza porcję i zniknęła za skrzypiącymi drzwiami, tymi samymi z których wydostał się jej wuj. I tam w samotności oddała się pośpiesznemu smakowaniu zacierki. Manus tymczasem bez kultury wyrwał staremu przyniesiony posiłek i łapczywie, przy pomocy rąk, wychylił talerz i na stojąco, głośno siorbiąc i mlaskając zapychał swe wygłodniałe trzewia.
-Co tak patrzycie jak byście człowieka nie widzieli?-parobek odezwał się pierwszy akurat wtedy gdy zakończył konsumpcję. Niebawem potem obaj starsi panowie zabrali się za pozbawioną ładu dyskusję i obaj podobne dywagacje czynili. Teresa już usypiała, lecz wspomnienia dzisiejszego dnia jeszcze kazały jej tkwić w okowach długiego wieczoru. Zza okna zamiast śpiewu drozda słychać było jedynie jałowe dyskusje starego z parobkiem. Długi zmierzch toczył się w coraz gęstszej ciemności  wreszcie ku wyczerpaniu.

VII Rozdział.

Chłód poranka coraz dotkliwiej spowijał ziemię a szarobrunatne chmury kłębiły się niemrawo po nieboskłonie i ociemniały chłodną izbę w której z wolna budziła się ze snu Teresa. Ziewnęła przeciągle i już słowa w modlitwę składała, jej nabożne wnętrzności domagały się wpierw duchowej strawy. Zanim poprawiła swój zagłówek, co nagle senność powodował już gorliwie piała tego ranka jakby wdzięczniej 'Kiedy ranne wstają zorze..." Nie dane jej było ukończyć śpiewu, gdyż od strony kuchni, usłyszała prędki galop co przywodził kobiecie na myśl ślepe skoki koźląt.
-Obudź się Teresa, nie spij tyle,robota się sama nie zrobi!-głos starego wuja zdawał się dziwnie odmłodzony, napastliwie nietaktowny.
-Ty mnie tu rozumu uczył nie będziesz. Wiem jak stoję z robotą- odparła, ochryple z niechęcią.
-A żeś wczoraj interes zrobiła ze ho. Ten parobek Manus zażądał dwa wory ziemniaków za usługę. Nie ma darmochy-w głosie starego wyczuwało się sarkazm.
-Idź mi stąd. Musze się ubrać, wynocha mi-głos kobiety powiewał gniewem. Trzaskając drzwiami, stary odszedł, zostawiając po sobie na podłodze brud stajenny.
-O niech go! Tak myślałam, ludzie tylko interesowni są. Ten parobek taki cwany był. Pomyślał by ktoś-zasępiła się niewiasta i nie dane jej było dokończyć napoczętego pacierza, wymawianego co poranek. Nim narzuciła na siebie swoja wysłużoną podomkę, usłyszała już mnogie bębnienie deszczu o szybę, zauważyła nawet wilgoć na parapecie.
-Okna nieszczelne, licho jedne-chwyciła stare kalesony Zbigniewa co akurat były na wyciągnięcie dłoni i nimi jęła uszczelniać, dziurawe ramy okienne. Wtuliła swe lica do szyb, bystrymi oczyma swymi patrzyła na coraz mocniej i silniej wylewającą się wodę z nieba .Spoglądała z rosnącą  zgrozą na powstające w mgnieniu oka kałuże. Deszcz przybierał na sile, w jego natarczywości i częstotliwości bębnienia o szyby okienne można było wyczuć gniew przyrody. Teresa jak zahipnotyzowana przykleiła  swoje policzki  w szybę i zobaczyła wtedy ludzi, których widok zawsze napawał ja lękiem i niepokojem. W strugach deszczu tkwił sąsiad Mścisław; w reku dzierżył olbrzymie widły i łopatkę dziecięcą, czerwoną przeznaczoną do zabawy w piasku. Obok niego napastliwie nerwowo przebierała rękami jego druga połowa Mścisława. Oglądająca zza firan przedstawienie kobieta, mimochodem uśmiechała się mocno w głos. Radość, która ją zrazu ogarnęła działała nań oczyszczająco. Niebawem jej cnotliwą dusze poczęły rozsiadać wyrzuty sumienia, dowcipne i łaskotliwe uczucie przypominające rząd mrówek co stołują się słodkim pokarmem z niedozwolonego obiadu. -Deszczyk potrzebny jest, ziemia była wielce tej wody spragniona-wymówiła sama do siebie, obejrzała się za siebie jakby spodziewała się dalszego dialogu, ze strony nazbyt wścibskiego wuja Zamiast słów, ciszę przerywały znajome,raptowne człapanie oddalające się. Usłyszała następnie trzask zamykanych drzwi. Wybiegła zaciekawiona w stronę powstałego wrzasku. -Stary bujoku, gdzie leziesz? Nie choć tam bo sąsiedzi Cię zjedzą-siostrzenica, chwyciła za rękaw wuja i chwilę tak jeszcze z nim walczyła nim stary zdołał się wyswobodzić i wydostać na zewnątrz domostwa. Szedł w zaparte, jego wzrok dziko błyszczał, jak u myśliwego psa, podczas intensywnego polowania .Poszła w ślad za wujem a ciepły deszcz obficie wpierw orzeźwiająco nawilżał a następnie moczył do suchej nitki oboje. -Wracaj, że bo pożałujesz-wołała daremnie. Stary szedł wprost na spotkanie mściwej pary sąsiadów. Kobieta ściągnięta zdawało by się chmurnym spojrzeniem Mścisławy, zdołała w ostatniej chwili ukryć się tuż za olbrzymią lipą, oddaloną kilkanaście metrów od pewnego niebezpieczeństwa. Oddzielona stromym potokiem a także polną dróżką, w której topiły się kamienie posypane niedbale zaprawą murarską. Droga tak usypana z minutę na minutę miękła i zamieniała się w błoto. Niewiasta wstrzymując z napięcia oddech, mimowolnie nasłuchiwała i opuszkami palców trzymała się szorstkiej faktury kory, która co rusz płatami opadała, odsłaniając goliznę drzewa. Stała sztywno jak żołnierz przy warcie i pełna złych przeczuć oglądała wuja witającego się wylewnie o zgrozo po koleżeńsku, wpierw z otyłym sąsiadem a potem z dziwacznie poprzebieraną sąsiadką. W gestach witających się nie znać było wcale wzajemnej wrogości. Krewna wuja nasłuchiwała dialogu, marszcząc swe owalne czoło. Nerwowo odskakiwała co rusz jakby pełniona straż porażała niewidzialnym wyładowaniem wrogiej energii. Pojmowała, że jej  wuj w miarę toczących się bełkotliwych rozmów, stawał się niejako rozjemcą zwaśnionych małżonków. -Nie dokuczać sobie!-domagał się wyraźnie stary od sąsiadów..
-Ta cholera najgorsza jedna mnie tu wysłała-sąsiad palcem wskazał swą winną żonę.
- Kazała bym potok wyrównał bo się woda tam miała wylewać, sama niech równa potoki wiedźma jedna-złość grubasa niosła się echem wśród nieustannych opadów deszczu. Ubodzona małżonka, wydawała z siebie nieartykułowane dźwięki, pełne przygany i podobne nieco w wymowie do wiejskiego świniobicia. W pośpiechu założone, komicznie niedopasowane części garderoby, szpecące jej i tak pozbawioną wdzięku i obdartą z kobiecości postać,nadawały posturze znamiona upiornego stracha na wróble. Małżonek jej wpasowywał się do żony chyba tylko  podobnym brakiem gustu i wyczucia. Wzajemna zawiść śmieszyła starego bo jego bezzębna szczęka rozwarła się znienacka beztrosko i szeroko a spadający opad poił rozjemcę bezinteresownie. Deszcz nadal nieustannie wylewał się z nieba i śmiesznie moczył tkwiących w strugach deszczu, po czym słabł .Z ulewy przechodził w znośną mżawkę i zdawał się działać uspokajająco i niósł nawet żywioł oczyszczenia Teresa zdumiona względną ciszą, wychyliła się zza swej kryjówki i świadkiem była jeszcze kilkukrotnego salutowania wzajemnego sąsiadów i starego. Wuj jeszcze wyszeptał zwaśnionym jakieś wyrazy, poczłapał odchodząc,odczekał jeszcze chwilę czujnie i nagle poderwał się do wyjścia a potem zawrócił bo przypomniał sobie widocznie coś ważnego. Podszedł do obojga, wydał z siebie słowa poczciwe choć niewyraźne Niebawem spowodowały jednak swoisty rozejm bo wrzaski małżeńskich ujadań ustały. Stary sięgnął dumnie do własnej kieszeni, z boku niemodnego żakietu wydostał kolorowe zawiniątko. Teresa domyśliła się jego zawartości bo ukradkiem parsknęła ze spontanicznego śmiechu  prawie głośno. Domyśliła się starej kwiecistej chusteczki do nosa, w którą szczelnie schowane były cukrowane cukierki  z odpustu, z ubiegłego jeszcze tygodnia. Dobrotliwy staruszek, jął nimi częstować wpierw małżonkę, która zachłannie niemal całość chwyciła w swą żylasta dłoń i tak samo zachłannie upychała cukrowane rybki do swej gardzieli, dzięki temu zapanowała cisza. Deszcz stawał się już tylko łagodnym kapuśniaczkiem, który być może nie chciał zmiękczać przeterminowanej darowizny. Wuj tanecznym krokiem dopadł jeszcze grubego sąsiada i jemu podarował kwiecistą chusteczkę z kilkoma tylko cukierkami. Przedstawienie zakończyły jeszcze nieartykułowane dźwięki pełne radości i zadowolenia. Kobieta odetchnęła z ulgą, walczyła w duchu z mieszanymi uczuciami oscylującymi od strachu przez ubawienie aż po ostre zdziwienie. Wybiegła do swego domostwa, zmęczona niechcianym spektaklem. W ślad za siostrzenicą człapał  wuj, wspólnie w milczeniu skryli się w ciasnej izbie.
-Po coś tam polazł stary głupcze?-w głosie krewnej słychać było nutę gniewu i rozbawienia.
-Bo tak trza, czasem trza, ksiądz kazał na kazaniu być dobrym dla złych ludzi. Mówił tak w czasie odpustu-stary tymi słowami zadziwił krewną. -Ciekawe. A Ty od kiedy taki dobry świętobliwy się stałeś?
-Mówił ten misjonarz ,że jak ktoś Cię kijem to Ty mu podaj rybę, to żem podał te ryby cukierkowe złoczyńcom, to nie to samo?
-Jakiś Ty naiwny, jeszcze źle rozumujesz kazania-kobieta zawiesiła głos z przyganą. Po chwili spojrzała na nieumyte podłogi i unoszący się kurz, który stawał się coraz bardziej widoczny w miarę jak słońce coraz mocniej przedzierało się przez szyby okienne. Sprawnie zabrała się za porządki, ignorując monolog starego, który szeptał coraz gorliwiej zasłyszane slogany kościelne, lecz z powodu starczego wieku sens homilii po swojemu układał. Gdy nieco znużona pobożnością wuja, zamiar miała zabrać się do wyrobu ciasta drożdżowego, już napoczętego z rana, usłyszała narastające złowrogie wrzaski dobiegające z zewnątrz. W progu stanął sąsiad z beczącą hałaśliwie starą i chudą kozą.
-Co żeś mnie trutką poczęstował. Moja połowica wymiotuje jakby krwią. Wygląda na obłożnie chorą. -tęgi Mścisław napierał swym olbrzymim brzuchem o wąskie futryny w przejściu korytarza i oskarżycielsko mierzył postać wuja Teresy. Koza mu jakby do modulacji wymowy wtórowała, wydając podobną w głosie melodię.
-Jak to? Dałem Wam rybki z odpustu bo Misjonarz kazał częstować rybą złych ludzi, ot całe zamieszanie.-Ambroży skruszony wymówił pobożną zasłyszaną zwrotkę jak dziecko odmawia pacierz. -
Jak jej do jutra nie przejdzie to będzie Wasza wina. Choć nie, niech moją cholerę diabły wezmą-ostatnie zdanie wzburzony sąsiad wymówił już wyraźnie choć  ciszej, sekretnie . Koza niebawem mu zawtórowała w podobnym tonie, jakby przedrzeźniając. Chwilę potem przybyły mruczał sam ze sobą jakieś zaklęcia w kozim może dialekcie ,po czym głośno i zuchwale wymówił przerywając niezręczną ciszę - Wy tam, nie chcielibyście sobie mleka udoić od kózki?-Otyły sąsiad sięgnął po znajdujący się w pobliżu garnuszek, w którym to zdumiona Teresa zamiar miała zaparzyć dla siebie ziółka na uspokojenie. Mścisław ku zdumieniu gospodarzy bez słowa chwycił za kolorowy kubek i niezgrabnie sapiąc pochylił się, by z kozy wydostać krople mleka. Znajomy strumyczek mleka zadźwięczał o denko garnuszka .Koza grzecznie i potulnie przystanęła, dumnie prezentując swe wychudłe oblicze i nazbyt wyłupiaste oczodoły. Teresa  przerażona widokiem, zasapała przeciągle i z powodu panującego zamieszania zastygła niczym rzeźba, bez słowa obserwowała, walcząc z zawstydzeniem i zażenowaniem. Nim zdołała zdobyć się na słowa protestu ujrzała na wysokości swych oczu śnieżnobiałe mleko, świeże i nieapetycznie cuchnące.
-Pijcie na zdrowie-Grubas zaśmiał się rubasznie i wręczył oniemiałej sąsiadce pełen kubek zaczerpniętego mleka z chudego zwierzęcia. -Daj mnie- upomniał się stary wuj. Kobieta z ulgą podarowała krewnemu  kubek z napojem, pełen zbierającej się piany. Wykrzywiła z obrzydzenia swe wąskie usta i spojrzała z przyganą na chytry uśmiech sąsiada Jaszczura. Tymczasem odchodząc gruby sąsiad dialogował z własną kozą, słowa w niezrozumiałym dialekcie. Kobieta odprowadziła niesubordynowanych intruzów udręczonym wzrokiem a gdy już wyjściowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem na znak odejścia, dziwacznej pary, usiadła zrezygnowana na skrzypiącym stołku. Popatrzyła zgorszona na swego krewnego, który zdołał już całą zawartość darowanego kubka opróżnić i któremu zdołały się zaróżowić policzki, zaś pod nosem wyrósł śnieżnobiały dziecinny wąs.
-Na zdrowie!-wychylił ku siostrzenicy opróżniony kubek  i zaśmiał się zdrowo i rubasznie jak nigdy dotąd.

VIII Rozdział.

Teresa otarła pot z czoła i niechybnie odsłoniła ciemne od kurzu firanki. Szybkim gestem pozbawiła okien fruwających ozdób. Bez zainteresowania słyszała utyskiwania starego wuja. Tym razem narzekał na zdrowie, które z wiekiem nie poprawiało się. Siostrzenica jego skierowała swe kroki w stronę korytarza, bo tam była droga do łazienki, w której to piętrzyło się mnóstwo brudu z minionego tygodnia czekającego na wypranie, w już przygotowanej do pracy zawodnej choć niezbędnej pralki "Frani". Otwierając skrzypiące drzwi od pralni, nagle spostrzegła kontem bystrego oka, porzucony olbrzymi portfel ze skaju. Nabierając powietrza w usta, z przerażeniem schyliła się po zapomnianą rzecz. Kurczowo trzymając w lewej ręce przykurzone firanki, drugą wolna ręką niespiesznie przystąpiła do oględzin znalezionego portfela. -
Jezu! Maryja! Mścisław Jaszczur, urodzony 27 lutego 1950 roku w Byczynie-przeczytała półgębkiem podniszczony dowód osobisty sąsiada, wypadający wprost do rąk kobiety z pęczniejącego portfela. Ogarnęły ją zrazu  nieprzyjemne mdłości w trzewiach i poczuła suchość w gardle Rozsierdzona gniewem, pchnęła plątająca się u stóp firanę aż do odległego rogu pomieszczenia. Chwilę biła się z napływającymi myślami, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Z pomocą przyszedł jej Ambroży, którego ciekawość najczęściej popychała do aktywności pochopnej.
-Co tam masz?  Podaj mi, czyj on jest?- stary  wyrwał pugilares z rąk oniemiałej kobiety.
-Pulares tego otyłego sąsiada jest. Nie gap się tam do pieniędzy, bo będziesz za złodzieja uchodził- kobieta ostrzegała starego. -Idę mu zanieść!-wuj bez słowa ruszył przed siebie, salutując ze zdenerwowania i jakby dodając sobie otuchy. Kobieta popędziła do łazienki gdzie zajęła się szykowaniem brudnej garderoby do wirującej gromko 'Frani".. Gdy uwinęła się z uciążliwą czynnością. Myślami podążyła jak co dzień o tej porze o swych ulubionych kurakach i o uratowanym niegdyś koguciku Antonim. Czym prędzej naszykowała potrzebnych ziaren i wczorajszego chlebka pozbierała do miseczki, i tak wyposażona popędziła do piwnicy. Zadowolona zastanym widokiem, upajała się znakomitym apetytem i urodą kogutka znajdy. Patrzyła z dumą na pięknie i błyszczące piórka połyskujące na tęgiej już posturze kuraka, widoczne wyraźnie w świetle gołej żarówki uczepionej do powały. Spoglądała ucieszona jak uratowany Antoni przewodzi sporemu gronu innych kur i chroni po ojcowsku malutkie kurczaki, kilka dni temu wyklute. Teresa śmiała się w najlepsze gdy spostrzegła, że jedynie pracowity Antoni, układa w dziób rozsypane ziarenka i rozdaje wedle własnego rozeznania innym starszym kurom, którym brak było odwagi do walki o przetrwanie. Pocieszne bo sprawiedliwe czynności kura Antoniego, misternie wypełniane, sprawiały nieopisaną radość u obserwującej. Podziwiała symbiozę świata znajomych zwierząt, zadziwiało ją te jakże odmienne stosunki panujące wśród świata ludzi."U oswojonych zwierząt szybciej ludzkie odruchy się pojawiają, zaś u człowieka bardziej przeważa niekiedy zezwierzęcenie' lubiła powtarzać.'Czyżby świat ludzki od zwierząt brał przykład a zwierzęta ludzkie odruchy przyjęły drogą ewolucji?" Zmęczona dumaniem, zdała sobie sprawa, że zbyt dużo czasu zatraciła wśród swojej zwierzyny, kosztem ludzkich zapewne przyjaźni. Paradoksalnie, nie tęskniła wcale do tłumu i ludzi. Uwielbiała własny spokój na pewnym i sprawdzonym gruncie. Wspinając się ku górze, raz jeszcze obejrzała się za wdzięcznym towarzystwem znajomych mniejszych braci i ruszyła do swej izby, odczuwając ciężar w sercu, co niejako ją samo wprawiało w niepokój. Nim przystąpiła próg swej przyciasnej a własnej kuchni, gdzie czekała ją jeszcze kulinarna powinność, wtem z całej swej wrogiej i obcej mocy wdarły się dźwięki potężne i głuche. Feeria policyjnych wozów zdawały się rozsadzać wszelkie bębenki słuchowe. Odgłosy narastały i przechodziły w upiorny skowyt, rozszalałych maszyn. Teresa pełna złych przeczuć, ostrożnie wyjrzała przez otwarte okno. Dostrzegła wyścig karetek pogotowia, na przemian walczących o prędkość z wozami policyjnymi. Poszukiwała wzrokiem swego wuja, dostrzegła go wreszcie rozmawiającego z umundurowanym mężczyzną. Zauważyła przesadne, teatralne niemal karykaturalne gesty krewnego, odczytała z nich,iż musiało się stać coś okrutnie złego. Spostrzegła, że krewny wraz ze szczupłym policjantem zmierza do jej domostwa, oddalając się od miejsca zdarzenia. Wzdrygnęła się, poczuła chłód strachu. Niebawem tumult obcych dźwięków ogarnął wyjściowe drzwi domu ,słychać było ciężkie kroki na korytarzu i pełne przerażenia męskie, tubalne głosy. Tylko jeden rozpoznawała. Mężczyźni bez zapowiedzi weszli, wprowadzając chaos,ich wymowy stawały się niewyraźne, wyrzucali prędkie słowa jak z karabinu emocji. -Jaszczurowa się powiesiła na sznurku! -pierwszy odezwał się stary wuj głośno oddychając. W głosie mówiącego dało się usłyszeć histerię. Chudy, śniady policjant zajął wysunięty stołek. Usiadł ciężko sapiąc, rozejrzał się wokół skromnego wyposażenia pomieszczenia i wymówił beznamiętnie, jakby ważąc każde słowo.
-Na ciele denatki są ślady obrony i walki, nie można wykluczyć, że to jest upozorowane samobójstwo. Pani wuj pierwszy zastał denatkę w takim stanie-umundurowany zawiesił głos i sięgnął po obszerny notes, skryty w za szerokim rękawie policyjnego munduru.
-Ambroży Fic zeznał, że dziś  o godzinie 12.10 wraz  z portfelem znalezionym u Państwa w domu pobiegł wprost do domu Państwa Jaszczurów, celem oddania zguby. -czytał zapisane słowa przedstawiciel władzy.
-Nie wierzę, to jakiś koszmar-Teresa blada jak marmurowy posąg, krztusząc się rzekła i zamilkła, potem  długo nie była  w stanie wydobyć słowa. -Znamienne, że Ambroży Fic oprócz denatki nie zastał nikogo w domu Państwa Jaszczurów, oprócz zwierząt domowych, oczywiście. Będąc na miejscu u denatki zaalarmował z telefonu stacjonarnego..-młody mężczyzna zawiesił głos i spojrzał wnikliwie w blade lico starego.
-A ja niewinny, niewinny, loboga- stary chwycił się swej siwej głosy oburącz i począł histerycznie wykrzykiwać, aż głos jego przeszedł w wysokie nuty, przypominające pianie.
-Nie wierzę, to niemożliwe, niemożliwe-powtarzała sucho Teresa.
-Oto zdjęcia wykonane na miejscu-mężczyzna pokazał kilka czarno-białych zamazanych obrazków. Kobieta przyklejona jakby plecami do ściany pełnej nabożnych obrazków, rzuciła okiem na wyeksponowane fotografie, powieszonej denatki.
-O Jezu, schowaj to!-wyrwało się kobiecie. Fotografie ukazywały starszą, upiorną kobietę z powrozem uwiązanym u szyi, szczelnie zapiętym. Oczy zbyt olbrzymie, wyłupiaste zdawały się widzieć męki piekielne a może dostrzegły drogę doń wiodącą. Język wywieszony u zmarłej zdawał się przyzywać zło.
-Dość, nie dam rady na to patrzeć-odezwała się z wysiłkiem Teresa. Popatrzyła na tykający zegar, który żywo znaczył ciężki upływa czasu. Wybiegła. Bez słowa przyoblekła swój kościelny żakiet, przywieszony na gwoździu w korytarzu i prędko wypadła na spokojne i wyludnione już podwórze. Nie śmiała spojrzeć tam, gdzie tkwił budynek mieszkalny sąsiadów. Chwyciła za swój przytulony do bramy rower i dosiadając skrzypiącej damki, sprawnie mierzyła na mszę świętą do pobliskiego kościoła,  w duchu liczyła, że ma wystarczającą ilość czasu aby nie spóźnić się na Eucharystię. Oddalała się szybko od miejsca okrutnego, przywodzącego na myśli męki Tantala, nie patrzyła na okalające ją mijane obrazy. Łaknęła spokoju, ciszy i pewna była, że tylko Nadprzyrodzona Moc zdoła napełnić jej udręczoną duszę pokojem.

IX Rozdział.

Powróciwszy z eucharystii, rozmyślała, nie miała już w sobie wewnętrznego strachu, zelżało napięcie i gniew, zmieszany z przerażeniem. Myśli jej uzdrowione i odnowione duchowo, zdawały się czyste i przejrzyste niemal tak jak powietrze zmienione po intensywnych opadach. Ogarnęły ja błogie momenty. Usiadła na swym tapczanie w swej izdebce, u stóp wylegiwał się pies, zaprzyjaźniony z kotem, odpoczywał, jakby zarażony spokojem właścicielki. Utuliła ją błoga cisza, z oddali pochrapywanie wuja nużyło, zegar co wybijał czas tym razem zdawał się jakby bardziej cichy, dopasowany do miarowego uderzenia serca w umęczonej piersi niewiasty. Powróciła do lat pięćdziesiątych wieku dwudziestego. Czasy powojennego kryzysu gospodarczego rzutowały na wszelką sferę życia międzyludzkiego. Poznała już gorycz nędzy, ubóstwa, strachu. Znała dokładnie na pamięć dzieje wojennej zawieruchy swych nieodżałowanych a nieżyjących już rodziców. Tych co przeżyli najokrutniejsze z najokrutniejszych nieludzkich zdarzeń. Usiłowała zamazać wspomnienia lecz one napływały,wrażenia nawet doznała, iż powróciła duszą do czasów dziecinnych, majaczyła nawet,że przebywa wraz z rodzicami ona jako dziecina w tej samej izbie i słucha niekończących się opowieści o niedawnej wojnie, przysłuchuje się opowiadanym z przejęciem niepojętym dziejom. Wzdrygnęła się na własne retrospekcje i popłynęła w odległe ale bezpieczne czasy. Zapamiętała rumiany chleb, pachnący rzewnie i jakże przyjaźnie ustawiony na dębowym stole. Wystrugany stół, znał historię o wiele bardziej odległa i straszną. Skojarzyła że to sam nieżyjący od dawien dawna dziadek , ojciec ojca wystrugał rdzawym kozikiem obowiązkowy stół dla rodziny. Stolik przetrwał, tkwił w centrum izby jak cenny ołtarz, odruchowo pogładziła misterne zdobienia, wystrugane cierpieniem i wysiłkiem wyżłobienia w drewnie,rysy drewna zdawały się przemawiać, przybliżać i znaczyć. "Choć dzieje mijają, świat się nawet zmienia to ludzie są tak sami, dobrzy i niegodziwi, zdrowi i chorzy i to się nie zmieni nigdy" wspomniała nauki rodzicielskie. Oddała by tak wiele ze swego monotonnego życia aby na powrót wrócić do czasów niewinnych dziecinnych. Gdzie wszystko co istnieje jest jasne, czyste i dobre. Żałowała nawet ze los nie podarował jej dziecka. Dumała niekiedy, że los celowo oszczędził dla niej potomka bo chciał je ochronić przed okropnościami świata. "Tak może łatwiej, ja sama zdołam się obronić przed niegodziwością innych, szkoda wyprawiać w niepewny świat istot niewinnych" Powtarzała coraz częściej, pogodzona z własną bezdzietnością i osamotnieniem. Pamiętała dokładnie z lat dziecinnych liczną gromadkę jej własnego rodzeństwa. Pamiętała każdy z trudem zdobyty kęs chleba, rodzinny odświętny ale zawsze nadzwyczaj smaczny. Ubóstwo nie pozbawiało licznej rodziny, poczucia przynależności i swoistego szczęścia. Nie miała nic, lecz każdy ówczesny drobiazg po stokroć bardziej cieszył i radował serce jakoś szczerze. Śmieszne przekomarzania wśród licznej gromady, choć gwarne i rubaszne  jednoczyły i spajały co dzień mocniej wokół wspólnego ogniska domowego. Bliższa i dalsza rodzina choć wytracona i wygubiona po wojnie stała się silna trwaniem i wzmocniona wzajemną solidarną miłością ducha. Do chwil beztroskiego dzieciństwa uciekała zbyt często i nachalnie jakby usiłowała na nowo ożywić to co tak radowało serce. Pamiętała szczegółowo swą ukochana matulę, piękna, czułą, niskiego i nieco pulchnego wyglądu. Ta ciepła postać z odległej dziecięcej przeszłości, zdawało się, iż trwa przy dorosłej już córce. Choć od nagłego zgonu matuli, którą pokonał zawał nie minęło więcej jak dziesięć lat, tak czułe wspomnienia powracały i nasycały dusze Teresy jakimś niepojętym pokojem. Przeczucie miała, iż tam dokąd powędrowała dusza jej matulki jest miejsce wiecznej szczęśliwości,radości. Tejże radości nie znają i nie wyobrażają sobie żywi pogrążeni na łez padole. Ból tęsknoty co chwile wcześniej rozsadzał duszę kobiety, nagle jakby ustał, nabrał powagi i jakiegoś wewnętrznego uświęcenia. Lubiła doświadczać swe stany spokojne i dobre , tak obce i nieznane niewierzącym. Przystanęła i uklęknęła i zapatrzyła się w obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Wpatrywała się w obraz długo i dość wnikliwie, jakby spodziewała się odwzajemnienia. Chwilę jeszcze medytowała ikonę świętą i wtedy to duszę Teresy już ogarnęła błogość i ukojenie. Wizerunek Maryi Matki, zdawał się uśmiechać życzliwie, z przejęciem.

X  Rozdział

Czas i każdy dzień choć upływał szaro i podobnie niczym paciorki od wymodlonego różańca. W sercu Teresy nagle niespodzianie rozbłysła nieznana i silna nadzieja. Pewność miała iż niebawem wydarzy się coś zgoła odmiennego, coś potrzebnego i kojącego smutek zastygły wiecznym trwaniem na świecie. Wyczuwała i wyczekiwała na to co stać się musi i bo takie są wyroki sprawiedliwego. Nasłuchiwała i oczekiwała. Zajęta szykowaniem posiłku dla siebie, krewnego i dla zwierząt rozmyślała. Z oddali usłyszała szybki tupot galopu podobnego tylko do jej własnego ślubnego. Bez zainteresowania omiotła wzrokiem przybyłego, który wyglądał tak jakiego spodziewała się zastać. Zbych przytył nieco i nawet wyłysiał co odjęło mu swoistego uroku, bo dawna gęsta czupryna dodawała mu dodatnio pozytywny wygląd i poniekąd poprawiała kiedyś zainteresowanie jego postacią. Teresa prychnęła do wspomnień niczym zagniewana kotka, zgarbiła się po kociemu i uczyniła niedbały ucisk wobec męża aby zatrzeć własna nim obojętność.

-Przyjechał żem na dłużej-powiedział niewyraźnie przybyły i porzucił obok stołu kuchennego swe podróżne tobołki.

-A co tam masz w tych workach?-zapytała bez zainteresowania jego żona, odchodząc w stronę piwnicy bo wykarmić swe zwierzęta bo przeczuwała impulsywnie, że powinna to uczynić wpierw. Zbych tymczasem usiadł na taborecie i zgarnął oburącz ze stołu naszykowane jadło dla kurcząt. Opychał się mieszanką dla zwierzątek, głośno postękując nie zdając sobie sprawy ze swej pomyłki. Jednakże głód pożywienia występował wpierw niż rozsądek u spracowanego wędrowca. Zbych pożerał i przeżuwał treść szybko jakby od wyznaczonego sobie zadania zależało jego przetrwanie na świecie. Wygarniał chciwie pożywienie sprawnymi dłońmi, zbyt długimi nieco wyglądem zbliżonymi do szpon jastrzębia. Gdy zakończył swą ucztę w milczeniu napotkał wtem ciekawskie spojrzenie  starego Ambrożego.

-Tyś to zeżarł?-zapytał stary, tłamsząc swój głupawy uśmieszek i odwracając wzrok w przeciwnym kierunku by nie udało się dostrzec kpiny  napierającej do umysłu wuja

-Smaczne było i takie jak papka dla niemowlaka-zarechotał Zbyszek.

-Pewnie dla maluchów było..-stary tym razem wypuścił salwę rechotu ze swej wysuszonej gęby i śmiał się zdrowo i zbyt donośnie za długo.

-Co Ci tak wesoło i z czego rechoczesz?-zapytał Zbych mlaskając swą gębę wypchana niestrawiona papką przeznaczona dla kurcząt. Zamiast odpowiedzi zapanowała podejrzliwie przydługa cisza, słychać dało się dźwięk latającej muchy, po chwili następnej, bardziej natrętnej. Wtem w korytarzu słychać było kroki niemal taneczne zadowolonej Teresy i jej monolog na temat ukochanego kolorowego kogutka co tak bohatersko zmartwychwstał. Z wdziękiem łani kierowała się do kuchennego stołu, nagle przystanęła, zajrzała do wyczyszczonego gara i zamarła.

-A gdzie jest dla kur...e no ten?-zasępiła się kobieta i popatrzyła na uradowanego ślubnego co odwzajemnił jej zaciekawienie, niezbyt uprzejmym pomrukiem. Kobieta popatrzyła na wuja, która wyglądał na bladego z przerażenia a może z trudem tamował napierającą nań wesołość.

-Nie ważne-odpowiedział sama sobie kobieta i dodała. -Zbychu umyj się bo nieświeży smród produkujesz. Mąż posłusznie pokuśtykał do łazienki i tam szorował się tym co zastał na parapecie. Chwycił za płyn do mycia naczyń,potem  szare mydło wymieszał z proszkiem do prania pollena  i z tak uformowanej papki tworzył mazidła by po swym owłosionym cielsku smarować własny wynalazek i polewać się chłodem wody z nieszczelnego kranu. Gdy nasycił potrzebę higieny i gdy z grubsza też poprawił swój stan fizyczny wypadł z zajmowanej łazienki z gracją ciągnika rolniczego. Parując jeszcze ciepłem z prysznica wtargnął niezgrabnie do skromnej izdebki i tam zastał swa małżonkę, klęczącą nabożnie tuz pod obrazkiem św. Antoniego. Cynicznie też zaśmiał się półgębkiem i spojrzał przez osłonięte okno na niebo jeszcze nie całkiem ciemne, jeszcze gwiazdy nie świeciły a może nie miały zamiaru być widoczne. Ciemno ołowiane chmury patrzyły z góry groźnie i nazbyt strasznie, z oddali cykały pojedyncze świerszcze i czasem tylko sowa pohukiwaniem, niewyraźnie zdawało się jakby  przedrzeźniała owady latające Małżonka jego na chwilę oderwana od modlitw wieczornych tak samo jak niebo chmurnie popatrzyła na mężczyznę. Wyczula w sobie i instynktownie także w Zbyszku podobne napięcie. Mąż przystanął bliżej kobiety, tak, iż prawie stykał się z kobietą, następnie oburącz chwycił swą połowicę i bez ociągania się zwalił smukłą posturę niewiasty na jej ciasne łoże. Mężczyzna wciąż parujący gorącem i rządzą zwierzęcą, dobierał się lubieżnie do żony. Kobieta wyczuwała napięcie i niepokój i nimi tylko raczyła męża. Zbigniew zachłannie i bezwstydnie posiadł żonę, czerpiąc wyłączną i własną chuć.. Mechanicznie w samczym ucisku, uginał, przecierał, obijał sobą smukła kobietę. Kobieta poddawała się czynnościom bez namiętnie, nie odczuwając nic prócz ucisku, i bólu spracowanych mięśni i modląc się w duchu o szybkie ukończenie obranego kursu. Omiotła wzrokiem jeszcze obrazek św. Antoniego, wiszącego na bladej ścianie do którego największą zawsze odczuwała skłonność gdy znajdowała się w sytuacji trudnej i niezbyt przyjaznej dla jej udręczonej duszy. Zdawało się jakby święty uśmiechał się doń przyjaźnie i bez przygany. Odczula zawstydzenie i na chwilę powróciła do niekończącej się pracy Zbigniewa. Odbierała swe obowiązki teraz już jakby w skupieniu, powinność wielką odczuwała. Zdawało się ,iż udział bierze w młóceniu zboża bądź w pracach fizycznych na roli. Instynktownie odczuwała ,że czynność ta ciągnąca się w nieskończoność zmieni już oblicze jej historii. Odczuwała niemal namacalnie trud piekarza potrzebny  przy produkcji chleba lub męki rolnika pozyskującego pszenicę na chleb. Zbigniew tymczasem zaspokoiwszy swa chuć, odszedł raźnie, zaspokojony i poczuł jak nigdy w swym żywocie olbrzymia dumę niemal boską władzą. Cieszył się wielce jak biegacz, który dobiegł pierwszy do mety po złoto lub sportowiec podczas wręczenia zasłużonego trofea. Teresa natomiast zmęczona trudem pracy zasnęła, głębokim, ciężkim snem. Śniła o prześlicznej dziewczynce, co lice miała piękne i rześkie jak stworzenie pół anielskie. Sukienkę niebieską miała w kwiaty białe i cudnie, uroczo tańczyła ta istota na ukwieconej łące. Warkoczyki grube pszeniczne falowały zdrowo wokół uśmiechniętej twarzy dziecka. Sen był przepiękny choć zbyt krótki. Po przebudzeniu Teresa czuła niedosyt snu i pragnęła jeszcze zmrużyć swe wypoczęte powieki, lecz dobiegające z głębi mieszkania nawoływania do pracy udaremniły kobiecie rozbudzone rojenia.

XI Rozdział.

Teresa ziewając przeciągle, przystanęła równo, podrywając się z rozkopanego łoża. Odruchowo spojrzała na puszyste trawy i rozłożyste, konary drzew, olbrzymie i bujnie rozwinięte choć pora jesieni się powoli zbliżała. Deszcz przestał padać, wilgoć zakończonych opadów osadzała się głębią zieleni na bujnych liściach. W oddali majaczyła śliczna kolorowa tęcza, mieniąc się barwami rozmaitymi. Kobieta zapatrzyła się w kolorowe pasma barw ze sobą połączone, radośnie ustrojone na porannym błękicie nieba. Przeszyły ja dreszcze wzruszenia, niejako chwyciły ją nastroje podniosłe, zdawało się jej,że samo niebo się uśmiecha. Zapatrzona bez słowa mierzyła wzrokiem urokliwe widoki zza okna. Nagle zadrżała, z przerażenia odstąpiła od przyglądania się i rozmyślania, bo zachrypły, głos zawezwał ją do usługiwania.

-Tereska, gotujże jajecznicę, głodnym jest-głos Zbyszka ponaglał żonę.

-Już idę, wytrzymaj,że nie umrzesz z głodu-kobieta wyraziła swe zdenerwowanie, ciężko wymawiając słowa. Niebawem już pilnie rozpoczęła prace kuchenne, uwijając się przy tym gorliwie, nie tracąc czasu na zbędne pogaduszki. Słychać było trzask metalowych naczyń, patelni i rdzewiejących sztućców. Zbyszek w milczeniu stał, pochylony do nienakrytego jeszcze stołu i spoglądał na mechaniczne czynności żony, a jego myśli niekiedy uciekały do wczorajszych wydarzeń. Wstydliwe wspomnienia niejako półgębkiem połykał, jakby wstydu doświadczał po czasie. Niebawem już na stole niedbale uprzątniętym znajdowała się parująca na maleńkim talerzyku dorodna jajecznica  z kilku jaj .Obok usmarowane smalcem pajdy chleba były ułożone. Nim Zbyszek z hukiem przystawił taboret  do nakrytego stołu, ujrzał sprytnego Ambrożego, który w mgnieniu oka, porwał posiłek i tak samo prędko skonsumował to co Teresa położyła.

-Mam jeszcze trochę jedzenia w garnku, nie braknie Ci Zbychu, nie gap się tak krzywo na starego-kobieta kładąc kolejne porcje jedzenia tuż obok nosa męża, uśmiechała się do wuja życzliwie. Kolejne ostatnie, przypalone porcje sama zabrała za spożywanie gdyż i ją samą głód zaczął prześladować. Nim usiadła obok przy stole, nagle nadbiegł do stołu ulubiony pies, stanął w jej pobliżu i gapił się niemiłosiernie na zawartość talerza. Kobieta chętnie odstąpiła od własnego posiłku i psu podarowała swoją porcję. Na samym końcu, gdy biesiadnicy opuścili teren kuchni, ona sama musiała zadowolić się pajdą salcesonu, tanio nabytego dla zwierząt domowych. Bez smaku pochłonęła tanią wędlinę i popija lurowatą kawą a następnie wgryzła zęby  we wczorajszy chleb. Rozejrzała się wokół jeszcze nieuporządkowanej kuchni, z niesmakiem westchnęła, nie miała bowiem zamiaru i sił do dalszej krzątaniny. Wtem poderwała się znienacka szybciej, ujrzała za oknem zapraszające ciepło wydobywające się z dojrzałego słońca. Przeżegnała się nabożnie bo zwyczaj taki nabyła jeszcze z czasów dzieciństwa, jeszcze gdy rodzice jej  przy życiu byli. Wspomnienia dziecięce nie rychło powracały nazbyt często i ciepłem ogrzewały, otuchy przynosiły. Popatrzyła na opustoszałe wnętrze jadalni, zrozumiała że należy tymczasem nakarmić zwierzynę piętro niżej zamieszkałe. Ucieszyły ją; suche skórki chleba, porzucona wczoraj owsianka na talerzu. Ucieszona w podskokach popędziła, dzierżąc przy boku żywność, przedostała się do oczekujących instynktownie braci mniejszych. Rozpoznała ich glosy, nawet zrozumiała ich wymowę. Sprawnie już rozdawała każdemu po garści. Obdarowani chwytali łapczywie, wydziobywali chciwie tyle ile zdołali w swych kurzych kufrach pomieścić. Pusty talerz po owsiance jeszcze pozostawiła  w koncie kurzego pomieszczenia, by zwierzęta znudzone wygrywały melodię dla hecy postukując o metal swymi pełnymi dziobami. Pośpiesznie wydostała się zrazu na zewnątrz, walcząc z dębowymi, ociężałymi drzwiami swego domostwa. Niebawem wprawnie chwyciła za sprawdzony środek lokomocji, pordzewiały rower damkę, otrzymaną wieki temu od swej matuli. Uwielbiała przemieszczać się swym wysłużonym rowerem i planować w umyśle sprawy, które lubiła pilnie załatwiać bez zwłoki i po swojemu. Obracając z wysiłkiem pordzewiałymi pedałami od jednośladu, sapiąc ciężko, pedałowała pod górkę, obojętnie spoglądając w pochmurny już nieboskłon, patrzyła jeszcze na słońce co niechybnie ukrywało się zza chmur, po to by pozwolić chmurom deszczem pokropić. Mijała zazieleniałe łąki i puszyste pastwiska, gdzieniegdzie też poustawiane drzewa i z rzadka wyglądające domostwa. Pędziła nazbyt już szybko popychana przez wiatr uderzający z południa. Niebawem już dotarła na wiejski targ. Dostrzegła z oddali mnóstwo ludności wijących się w różnorakich kierunkach, co przywodziło na myśl powiększone tylko mrowisko. Widziała już kolorowe stragany ze zmęczonymi ludźmi, uwijających się jak w ukropie. Wyskoczyła prężnie zw skrzypiącej damki, i naraz do jej uszu doszły jakby znajome, ludzkie odgłosy. Usłyszała babskie plotki, przypominające w swym rytmie kurze gdakanie. Gdy już schylała się by zakupić kalafior i kapustę żółciutką na obiad, wtem usłyszała znajomy odgłos.

-Przystojniaczek z księdza, no nie?-gdakała kobieta, którą znała Teresa z nagminnie częstego uczęszczania na msze świętą i słynną z fałszywego śpiewania w kościele.

-Jasne, mi tez się podoba. A wiesz, że byłam u niego z ciastem wczoraj ?-pochwaliła się inna niewiasta o zbyt pospolitej urodzie.

-Wiesz, czy ten ksiądz ma jakąś babę?.-Słyszałam jak Hela mówiła, że on ma jakąś znajomkę- indagowała ta pierwsza.

-A słyszałam, że on dziecko zrobił jakiejś parafiance poprzedniej, jakiejś nauczycielce czy coś-krzyczała zawistnie w najlepsze kuma, plotkara. Teresa podsłuchując niechciane słowa, zarumieniła się zawstydzona, siła rzeczy minąć musiała plotkujące. Gdy zamyślona parła przed siebie obmyślając plany na obiad, poczuła nagle,że tchu zaczyna już jej brakować.

-Teresa co tak pędzisz?Pogadaj z nami-zachęcały znajome parafianki.

-Grzech macie kobiety tak obgadywać biednego księdza proboszcza-powiedziała dobitnie i ze zgorszenia.

-Jaki grzech, po co te skruchy?-Tyś nic nie słyszała-głośniej zawołała kumoszka.

-My z księdzem w przyjaźni żyjemy i wszystko o nim wiemy, z księdzem my niejedno już przeszły-pochwaliła się tęższa z nich a druga kobieta już wtórowała pociesznie, żwawo kiwając kaczą głową, ozdobioną niemodna już ondulacją.. -

Co to za przyjaźń, że księdzu tyłek obrabiacie za plecami?-krzyknęła ze zgorszenia Teresa tak dobitnie głośno, iż stojące w pobliżu przekupki wiejskie, stanęły nagle jak wryte, oczekując sensacji.

-Teresa, już nie gadamy z Tobą, a dużo wiemy, jeszcze byś chciała tego i owego posłuchać-wypaliła do szeptu niewiasta paradnie ufryzowana.

-Nie chce niczego posłuchać. Wole się pomodlić-parsknęła już prawie do śmiechu Teresa i myśli skierowała swe w kierunku kolorowych warzyw, ślicznie dojrzewających do słabych promieni słońca. Chwyciła dłońmi uroczo mieniące się w słońcu warzywa. Już zamiar miała dokonać zakupu kilka sztuk wystawionych warzyw gdy wtem spostrzegła ,że trzymane w dłoni pomidory niejako rozpłynęły się kalając po drodze dłonie i rękaw oniemiałej zawstydzeniem niedoszłej klientki. Kobieta spłonęła zawstydzeniem na czerwono  niczym trzymany w dłoni rozpostarty pomidor. Słowa skruchy chciała wymówić lecz jakiś wstyd ugrzęzł w  jej gardzieli, toteż wkrótce usłyszała znajomy głos ochrypły, niespokojny.

-Patrzcie popsuła tragarzowi warzywa, moce jakieś ma czy co?-gdakała znajoma. Wtórowały jej głosy napastliwe i gromkim śmiechem nadlatujące wokół targowiska niczym kraczące stado wron. Teresa nie śmiała nawet spojrzeć zza siebie bo domyśliła się źródła złośliwości, jakiej niechybnie była przyczynkiem. Spostrzegła tylko współczujące spojrzenie sprzedawcy, który tubalnym głosem zażądał spokoju. Tłum rozbiegł się wokół różnorakich kierunkach .Sprzedawca bez słowa podał kobiecie inne nienaruszone warzywa i nie zażądał nawet zapłaty.

-Zjedzcie na zdrowie wy będziecie bardziej potrzebować odżywki-oznajmił. -Bóg zapłać, dziękuję-zaczęła pół szlochem przemawiać Teresa.

-Jak dobrze że są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie-dokończyła, opuszczając samotną z oka łzę po swym zmęczonym policzku.

-Nie ma za co-uśmiechnął się blado sprzedawca, przyglądając się odrobinę za długo na nieznajomą kobietę.

-Dziś w nocy śniła mi się zmarła mama, była całkiem do pani podobna. Kilkakrotnie jakoś powtarzała mi ze trzeba być dobrym dla innych bo wtedy się idzie do przepięknego Królestwa-odparł z powagą mężczyzna. Kobietę rozczuliły zasłyszane słowa, bowiem uderzyły w najczulsza strunę jej duszy, kontakt z bliskimi zmarłymi, niepojęcie ją rozczulał i wydobywał skrajne wzruszenia. Teresa tłumiąc zawstydzenie pośpiesznie opuściła sklep w skupieniu i wracając przetwarzała kłębiące się nachalnie myśli. Parła przed siebie wtulona w zimne ramiona roweru, nie oglądała się wcale za siebie, choć słyszała znajome szepty, roznoszone przez wiatr, niczym opadające zbędne liście. Gdzieś w oddali igrały gałęzie ogołocone z liści, kłębiaste chmury wyglądały z wysokiego nieba jakby ciekawe były widoków sięgających do niskiego łez padołu. Teresa szczelniej wtuliła się w przydługi płaszcz nawet pasujący z całością stroju.

Gdy już dotarła do swego domostwa, ogarnęły ją smutne i tęskne przeczucia, obejrzała wnikliwie puste pomieszczenia. Cisza uderzała gorzką samotnością. Odwiedziła jeszcze skąpe pomieszczenie, w którym lubił przebywać a raczej wylegiwać się na kanapie jej mąż. Do polowy otwarte drzwi jedynie ukazało bałagan, byle jak i przypadkowo porozrzucane dobytki mężczyzny w średnim wieku. Kobieta odniosła słuszne wrażenie, iż całkiem chwilę temu małżonek musiał pilnie wyjechać za robotą do Moskwy, spakowawszy tylko to co uważał za konieczne. Kobieta przeciągle westchnęła, po jej szczupłym ciele przeszedł dreszcz rozczarowania.

-Żaden pożytek z tego Zbyszka nie mam, na co mi taki mąż!-łkała już prawie płacząc.

-Nie zostawił mi nawet złamanej złotówki. Robota tez czeka na polu. Kto mi pomoże-jej monolog powoli przechodził w szept i załamywał się smętnie aż głos przeszedł w gorzki szloch.

Usiadła udręczona na rozpadającym się stołku a swe zmęczone lica ukryła w swych spracowanych dłoniach. Gdy chwilę później spojrzała blado przed siebie spostrzegła olbrzymiego kocura, który nachalnie spoglądał na swa rozgoryczoną panią. Bez słowa domownicy mierzyli swe podobne źrenice, pierwszy kocur spuścił wzrok i przemaszerował do kuchni, kobieta poczłapała za nim. Wreszcie dopadła stołu i tam spostrzegła wybebeszone rybie łuski, których zapach złośliwie domagał się higieny.

Kot patrzył zapamiętale to na kobietę to na resztki po rybie. Kobieta marszcząc czoło z poirytowania, podarowała chytrze kotu ukryte na dnie lodówki tanie plastry salcesonu, ulubiony posiłek Zbyszka. Patrzała jak kocur z apetytem przełyka posiłek i wtedy do śmiech mocno rozszerzył smukłe policzki kobiety nienawykłe do radości.

Usiadła z wysiłkiem na krześle i sama dla siebie kroiła pajdy chleba, które następnie skąpo smarowała kozim serem. Tuż pod napoczętym bochenkiem chleba spostrzegła zrazu zawinięte w ciasny rulonik kilkuset złotowe banknoty, których widok do rozpuku szalenie rozradował smutne osierdzie gospodyni. Podniosła pieniądze na wysokość oczu i jej głos śpiewnie niemal stał się dziękczynna modlitwą. Bury tłuścioch przerwał ucztę i z dumą patrzał swymi zielonkawymi ślepcami na rzadki wybuch radości swej wiernej pani.

-Popatrz kocie a się nam udało, Ciekawe kto to podłożył, jak myślisz?-Głos kobiety już wtedy przypominał śpiew słowika.

-Trafiło się ślepej kurze ziarenko-cieszyła się niewiasta.

-Nie sądzę, aby to był dar od Zbyszka-dumała.

-Pewnie to renta Ambrożego?-przypuszczała,

Kobieta chowając swą zdobycz w bezpieczne miejsce w szafce, nagle pojęła swoją samotność i opuszczenie w trwającym jałowo jej związku małżeńskim.

Żałowała z całej swej duszy swych jałowych lat popełnionych w samotnym związku. Jej szloch czasem usiłował złamać jej podatną na zranienia duszę.

Zazdrościła nawet roześmianym siostrom zakonnym, które posiadały swego towarzysza najwierniejszego. Dumała nad swymi straconymi latami, w których los szczędził zaszczytów ludzkich, oszczędzał na ludzkiej przyjaźni i bezpiecznego związku z drugim człowiekiem.

-Trudno-wymówiła półgębkiem zmęczona swa niedolą.

-Widocznie taka moja dola-dokończyła smętnie  i naraz najedzony sierściuch począł wielki sus wyczynić i następnie wielkie kocisko znalazło się na kolanach swej pani.

Obydwoje najedzeni, tylko w swoim towarzystwie obecni naraz przysnęli miękko i zdrowo na swych niezbyt wygodnych posadach.

Kobieta śniła swój śliczny niezbyt realny w jej mniemaniu sen. W swym śnie była matką malutkiego, dorodnego dziecka. Dziewczynka o dwóch warkoczykach, zdawało się przynosiła nieznaną kobiecie, niespotykana dotąd radochę. Wynosiła jej udręczona dusze wysoko i pozwalała zasmakować przednio w teraz jej niedostępnych doznaniach.

Nagle nastąpiło bolesne przebudzenie bo otyłe kocisko, swym zamaszystym pazurem, zbyt ostro potraktowało swą panią, co już wypędziło ostatnie oznaki senności kobiety.

Ziewali kilkakrotnie oboje zdrowo w tym samym momencie i  w tej samej pozycji się znajdując.

XII Rozdział.

Jesień przyszła siarczystym opadem ostatnich płatków liści z chudych i ogołoconych drzew. Bardziej dostojne sosny przyodziewały się powoli w szkarłat i złoto. Wiatr coraz bardziej smagał i dawał się we znaki, przejmującym chłodem i złośliwym roztargnieniem skorych do potrząsań niezgrabnych gałęzi. Targane huraganem konary drzew, wyrywane i wyrzucane siłą, zdawało się ,że upiornymi nocami pragną wtargnąć się do chałup najbliżej się znajdujących. Widok tenże połączony jeszcze z świszczącą muzyką powstałą z igrania na instrumentach sił przyrody co noc sprawiał dramatyczne wrażenia. Domownicy zazwyczaj tkwili wtedy o tej porze w swych szczelnie rozgrzanych pomieszczeniach, nie raczyli wystawiać się do zdradliwego kaprysu przyrody.

Kobieta zamiast spać myślami błądziła daleko, zrazu przypomniała sobie, iż pora najwyższa by ziemniaki zalegające ogromne połacie ziemskie, należałoby w trybie pilnym wykopać. Nie miała nijak pomocy od ludzi. Obawiała się szczerze,iż zmuszona będzie i ona i jej  coraz starszy wuj uzbroić się w motyki i takimi oto narzędziami przystąpić do wykopania tkwiących pod ziemią kartofli.

Pamiętała nazbyt dobrze kiedy sprzed kilku laty wstecz i powróciła myślami do lat wcześniejszych gdy oni sami zmuszeni byli obydwoje z wujem samotnie przystąpić do nierównej walki o wydłubywanie spod ziemi swych cennych kartofli. Żmudna walka o każdy zakopany ziemniak mocno wtedy dało się im obu gorzko we znaki.

Pamiętała dobitnie jak wtedy październikowy wiatr smagał ich ogorzałe  twarze. Praca szła zbyt wolno i dostarczała  w miarę wysiłku coraz bardziej strasznego bólu we własnym kadłubie i mięśniach zaangażowanych w wysiłek.

Po ciężkiej nocy, zbudziła się wczesnym rankiem z przestrachem obejrzała  za okna taki sam zastany ład jak przed zmrokiem. Uspokojona zabrała się potulnie za obowiązkowy rozkład prac gospodarskich, znajome zwierzęce odgłosy wzywały bez litości i nie pozwalały na zwłokę. Kobieta tego wczesnego poranka,nazbyt chętnie poderwała się do czekającej ją pańszczyzny. Już prawie stanęła na równe nogi gdy niespodzianie poczuła nieludzki ból w skroniach, pulsujący niedorzecznie przykrym doznaniem. Głośno załkała, usiłowała objąć obolałą potylicę, by instynktownie osłonic się od miarowego cierpienia. Poczerwieniałymi oczami wodziła swe skromne wnętrze, w którym przebywała. Spoglądała przed siebie i zdawało się, że wisząca makatka na ścianie z widokiem Jezusa Miłosiernego to jakby zbliża to oddala się nie ostro. Podłoga z linoleum zdawało się że deformuje swój kształt i usiłuje wchłonąć kobietę w swe nierówne wzorki do swego miażdżącego wnętrza.

-Jezu co się ze mną dzieje?-zapłakała.

Niemal jak na zawołanie w drzwiach ujrzała chudą postać starego, który oznajmił wyniośle iż prace oborowe zrobił on sam.

-Wiesz,ze krówka się wycieliła, jest mały cielaczek, wstań i go zobacz!-Ambroży kraśniał z każdym wypowiadanym słowem.

-Nie wierzę, to mi się chyba śni-kobieta potarła zaspane oczy swą spracowaną dłonią i usiłując ponownie wstać na równe nogi poczuła z wnętrza żołądka obce mdłości.

Wzdrygnęła się a następnie ignorując swe niedyspozycje, cokolwiek poprawiwszy się i chędożąc swa higienę ruszyła przed siebie, sprawiając wrażenie jakby cudownie ozdrowionej.

Ze śpiewem na ustach przystąpiła do obory i słyszała gromkie rozmowy. Rozpoznała wśród obecnych na placu przed stajnią otyłego sąsiada i stanęła wtem jak wryta niezdolna do ruchu i śmiałości.

-Pomogłem się wycielić waszej krowie -tłumaczył się grubas, naśladując spokój.

-No jasne, jasne a może jeszcze żeś ją zacielił co?-kobieta złośliwie gderała szeptem bo nie wierzyła w dobroć płynącą od tego człowieka nie stworzonego do bezinteresowności.

Minęła jeszcze dwóch obcych mężczyzn,wparowała gorączkowo do wnętrza obory, tak w kącie rozpoznała jeszcze znajomego, parobka Manusia zajętego paleniem tanich cygar.

- Jezu Mój Jezu, jesteś mały cielaczku i Ty Jagódko droga-kobieta czule utuliła noworodka, jeszcze wilgotnego lecz pięknie ubarwionego i żwawo żywego. Krowa stałą w kącie i sprawiała wrażenie wypoczętej, łeb swój ozdobiony sześcioma rogami zadarła do góry jakoś dosadnie. Z gardzieli zwierza wyszły wycia na melodię potrzeby pożywienia i spokoju. Gospodyni bez ociągania spełniła swe powinności, grzecznie i stanowczo wypędzając natrętnych gości. Gdy wzrokiem przeszyła sąsiada od którego nie nawykła spodziewać się dobroci, nagle usłyszała swój szczery głos.

-Ty pomogłeś krowie się wycielić? Bóg zapłać za to-wyrzuciła  z siebie wymuszone grzeczności po czym szybko ukryła się w swym domostwie.

Z okna swej izby zza sztywną firaną, ujrzała zmartwioną i nieszczęśliwa postać sąsiada, wdowca, któremu nawet szczerze w tej chwili współczuła. Przypomniała sobie zdarzenie sprzed kilku miesięcy kiedy to jego małżonka Mścisława  z  własnej prawdopodobnie reki, zginęła wieszając się na łańcuchu.

Wspomnienia powróciły, pamiętała różnorakie sylwetki mundurowych dość natrętnie krążących dookoła wiejskich obejść. Ci dociekliwi panowie przypominali do złudzenia natrętne stado os .Bowiem nie sposób dało się kobiecie i wujowi uwolnić, nie zostając pokąsanym przez dociekania nadgorliwych służbistów .Bez uprzedzenia wchodzili z buciorami do domu i zadawali te same żmudne pytania. Kobieta nieprzychylnie odprawiała bez słowa przychodzących.

Najczęściej na zadawane pytania odpowiadała następująco i tej wersji trzymała się wiernie niczym wyuczonego pacierza.

-Nie mam z tym nic wspólnego, nic nie miałam do tej Mścisławy, to była obłąkana starsza osoba i tyle, świeć Panie nad jej duszą- Mówiła z pokorą niezmiennie. W ten oto sposób żegnała mundurowych, którzy zazwyczaj bez słowa opuszczali pomieszczenie i nie  żegnając się odchodzili, szepcąc do siebie niejasne własne wnioski i błędne przypuszczenia. Przychodziły nawet poważnie wyglądające listy polecone z ważnych urzędów ale dla nich nie chciała sobie zdrowie poświęcać. Niezrozumiały prawniczy żargon bez cierpienia czytała, czasem tylko poczuła lekkie ukłucie w sercu i zimną potliwość na sobie a potem osłupiała niczym automat. Potem urzędowe papiery zapalała od zapałki zginając je w pół i do pieca kaflowego wyrzucała i na tym jej zaangażowanie w rozgrywający się dramat się kończyło.

Kobieta jedynie co wielkodusznego uczyniła to z własnej kieszeni poświęciła nie mała kwotę, w ten sposób odejmując sobie od ust chleba, popędziła na plebanie by tylko pleban zdołał odprawić mszę święta za dusze nieszczęśnicy.

By następnie ratować swe sumienie od męki wrodzonego współczucia, za każdym razem gdy w zasięgu wzroku miała tę "nienawistną chałupę"jak sama słusznie stwierdzała, odruchowo się żegnała i pacierze pobożne sumiennie odmawiała. W ten oto pokorny sposób czuła ulgę na duszy i nawet jakieś wewnętrzne uspokojenie, którego tak potrzebowała.

-Ach ci ludzie co bez Boga żyją, źle kończą- westchnęła z pokorą a następnie otrzymując jakby darowaną siłę i zapominając o atakach porannej migreny poczęła sumienna służbę wypełniać na rzecz nowego domownika w oborze i jego dzielną mać.

Pomimo ciężaru i trudu pracy, za wynagrodzenie w postaci wiadra mleka, słoika śmietany  i czasem hałdy sera, kobieta ceniła swe wiejskie obowiązku. W I ich pokornym i nie przynoszącym dochodu zajęciu odczuwała wielką misję i poczucie sensu, którego inni by nie dostrzegli. Tymczasem Teresa widziała więcej, głębiej, w każdym nawet wstydliwym doświadczeniu odnajdywała gdzieś głęboko ukryty sens i to ja wyróżniało i wynosiło od innych zwykłych wyjadaczy chleba, którzy wartość człowieka mierzyli własnymi ułomnymi miarami.

XIII Rozdział.

Deszcz miarowo uderzał o aluminiowe rynny, stukał w szyby okienne i siarczyście polewał błotniste podwórko, które w miarę narastania wody, wilgotniało i upodabniało się do miałkiej gliny, podatnej na kaprysy pogody. Wiatr świszczał złośliwie, targając chudymi gałęziami startych drzew. Chłód narastał od samego wpatrywania i napawał coraz większym lękiem, przynosił niepewność i bezradność wobec potęgi większej siły.

Teresa odruchowo wtuliła swe szczupłe ramiona w porzucony szlafrok i ziewnęła przeciągle by następnie położyć się w swym łożu, które dawało jej potrzebne schronienie i ciepło,a którego tak łaknęła. Gdy kilka modlitw półgębkiem pomruczała, natychmiast poczuła zawstydzenie za swe lenistwo. Pojęła,że o tej porze winna była wykonać przynajmniej część stajennych obowiązków.

Coraz starszy wuj, coraz mocniej niedomagał i gnuśniał gdy jemu przypadły wysiłki, za którymi niezbyt tęsknił i niezbyt przykładnie się do nich dobierał.

Gdy kończyła modlitwy wtem w oddali posłyszała szybki , jakby mściwy chód, niepodobny do nikogo znajomego. Korytarzem przetaczające się natarczywe dudnienia, sprawiły, że kobieta wtuliła się głębiej w ciężka pierzynę, w poszukiwaniu dla siebie otuchy.

Po chwili czyjaś obecność przystanęła przy kuchennym stole, nie zdradzając się nadal choćby swym odgłosem. Patrzyła w dal niczym zaszczute zwierzę. w ten daleki cień poruszył się i przedstawił w progu. Teresa zadrgała rozpoznawszy gościa, bo przybył teść, ojciec męża jej własnego. Teść imię nosił Józek, nie darzył zbytnią dobrocią, nawet litością swej jedynej synowej. Wobec jej osoby bywał mało przyjazny, raczej skłonny był do ubliżeń. Nigdy, przenigdy nie wymówił choćby dobrego słowa, nie zdobywał się na gest choćby współczucia.

-Co tak leżysz?-Teść odrzucił pogardliwym spojrzeniem na wpół leżącą kobietę.

-Wstawaj, nic nie robisz leniu. Twoja robotę robi za Ciebie stary dziad, a Tys lenia kupę ..-dokończył swą nieskładną wymową i swymi starczymi nabiegłymi bielmem oczyma, bez sympatii ogarniał zastały nieporządek.

-Źle się czuję ostatnio, coraz gorzej..-usprawiedliwiała się cicho, potulnie synowa.

-Przecież czterdziestkę dopiero przekroczyłaś, a wuj to staruch po siedemdziesiątce, gdzie masz czelność nim tyrać..-nie przebierał w słowach przybyły.

-Zaraz pójdę, daj mi dojść do siebie, głowę mi z bólu rozsadza -załkała niemal płacząc

Teść zasapał ciężko i bez słowa odwrócił się na pięcie by pozwolić kobiecie w samotności móc się nareszcie oporządzić.

Kobieta nie tracąc zbędnych chwil, natychmiast zabrała się za szykowanie pajd ze smalcem dla siebie i dla teścia.

Starszy pan na stojąco zachłannie pożerał szybko przyszykowane pajdy. Zanim zakończył konsumpcję, spojrzał z przyganą na synowa i wycharczał.

-Czemu Ty takie niesmaczne i niezdrowe żarło szykujesz, Zbyszka też zatruwasz taniochą?-zasępił się.

-Nie skąd, że Zbigniew lubi chleb ze smalcem i ze słonina i z salcesonem najbardziej-dodała łagodnie.

-Straszny tu syf masz, czego nie sprzątasz?-gość z przyganą zerkał po skromnym pomieszczeniu, lustrując niestarannie ukryte sztućce i niedbale porzucone resztki jedzenia, ułożone dowolnie na stole i porzucone obok miski psiej obok kolorowego linoleum.

-To da się uporządkować, świat się nie zawalił -tłumaczyła daremnie.

-Straszna niechluja z Ciebie, Teresa, do roboty nie chodzisz i nic nie robisz-pokręcił swym pomarszczonym łbem przybyły i już zamiar miał wyjść gdy nagle niespodzianie spojrzał w blade lico Teresy i rzekł.

Z Tobą se życie marnuje nasz Zbyszek, Matko skąd on wziął takie babsko jak Ty-zawołał i wtedy wybiegł tak samo niezdarnie jak wszedł.

Teresę zrazu ogarnął olbrzymi ból i niezrozumienie, poczuła na sobie siarczysty policzek upokorzenia choć nie został jej zadany. Załkała jak dziecko siedząc już na walącym się krześle i pozwalała by cierpienie splecione z niesprawiedliwymi urazami wydobywały i wypływały z jej oczu wraz ze słonymi łzami, żłobiąc rozpacz na smukłym policzku.

Zabierając się za porządki wtem niezgrabnie zacisnęła na gałkę od ukrytego przy rogu stołu malutkiego radyjka i to z niego popłynęła śliczna religijna  piosenka, wykonana młodym męskim głosem.

"Tylko Twa droga podążać Jezu chcę, w kurzu i znoju, za Tobą iść

jak Ty wziąć krzyż na swe ramiona cierniem nabitą droga iść, jak Ty ..."

Chłonęła wybitnie wykonana pieśń, zauroczona pięknem słów, upajając się finezją muzyki, doznała niemal natychmiastowo przydatnej ulgi. Jej dusza odczuła błogość, spokój głęboki, na tyle intensywny, iż dusza kobiety zrazu zapomniała o niedawnej urazy i upokorzeniu jakie dopiero wcześniej zaznała.

Już nie chowała urazy, pozwalała by piękna muzyki, koiła i leczyła każdy żal i głęboki smutek co już zastygał prawie w jej wrażliwym wnętrzu. Już nie płakała a instynktownie i namacalnie czuła, iż nie pozwoli się złamać złym ludzkim słowom i nienawistnym frustracjom ludzi rozgoryczonych swym płytkim pełzaniem po łez padole.

Kobieta zadumała się słuchając religijną audycję radiową. Z powstałej ciszy domyśliła się,że nieżyczliwy jej teść jednak oddalił się, nie pożegnawszy się choćby skinieniem. Podobny zwyczaj lekceważenia bliskich odziedziczył także małżonek Teresy a syn Józka.

Rozmyślała w samotności przy sączących się ledwie dźwiękach muzyki sakralnej nad swym losem. Ubolewała nad niemożliwością znalezienia pracy zarobkowej. Pamiętała kilkakrotne okupowanie miejsc pośredniczących w znalezieniu zatrudnienia. Jednakże zawsze to były chybione wędrówki, gdzie zawsze ktoś inny bardziej krzykliwy i przedsiębiorczy dosłownie wydzierał z rąk urzędnikom interesujące oferty. Teresa nie dążyła do zarobkowania w postaci osoby do sprzątania czy choćby pomocy kuchennej. Ona sama dzierżyła dyplom ukończenia technikum włókienniczego. Tenże dyplom nagięty i pożółkły przez zryw czasu, nie przedstawiał wielkiej wartości w świetle urzędniczego rozporządzenia. Zapamiętała tymczasem pewien moment kiedy to niemal pewna była dostąpienia posady godnej jej pragnieniom. Pamiętała sprzed kilku lat pochmurny dzień listopadowy i skąpe wówczas kolejki do miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, stanęła tuz za otyłą staruszką i oczekiwała na swoją kolej w sprawie prac przy opiece nad osobami starszymi. Staruszka otyła na głos wygłaszała swe żale ochrypłym, zagniewanym głosem,iż marny posiada pożytek z tych opiekunek, które są jej przyznawane. Sama bowiem lepiej potrafi sobą się zaopiekować. Dodała jeszcze coś co żywo zaintrygowało Teresę. Otóż zmarła nagle pani z biblioteki i rychło jest zapotrzebowanie na następną, godną osobę. na miejsce zmarłej. Teresa z powodu zasłyszanej radości gotowa była nawet ucałować staruszkę w dłoń i wtedy to pokonując kilka schodków naraz zainteresowana popędziła najszybciej jak tylko potrafiła do miejscowego wójta by tam osobiście zgłosić własną osobę to zwolnionej posadki w bibliotece. Dysząc pokonywała kilkadziesiąt metrów w mgnieniu oka i tam z wolna docierając do gabinetu włodarza zauważyła przesadny tłum zainteresowanych. Słyszała krzyki i nieparlamentarne odgłosy, spragnionych posady bibliotekarza. Oparta o ciasne korytarzowe porta, zobaczyła wyraźnie jak w progu swego gabinetu wójt ściska zbyt namiętnie niesłychanie urodziwą, młoda blond kobietę. Nie zważając już wcale na zdumienia zgorszonych widzów, włodarz gratulował pannie,której to z niedbale zapiętego dekoltu wyskoczyć jakby zamierzały nieproporcjonalnie olbrzymie piersi. Olbrzymi biust niemal obnażony falował bezwstydnie przy wtórze piskliwej radości i wdzięczności dobywający się z uszminkowanych ust młodej damulki. Oczekujące kobiety zamarły, niektóre nawet złorzecząc już wcale nie tylko w duchu.

-Dziękuję paniom za przybycie, posada pani do biblioteki została właśnie nadana - tubalny niski warkot wydostał się z gardzieli krępego mężczyzny, który przepraszająco skinął do połowy łysą głową i z wrzaskiem zamknął ciężkie drzwi, odgradzając swe mości od napierającego zewsząd tłumu.

Teresa z pokora przyjęła swe kolejne zawiedzione szanse. Z niezdrowa zazdrością ogarnęła wzrokiem paradną sylwetkę młodej damy, która pysznie wymykając się, szemrzącemu ludowi, czym prędzej wskoczyła do nieopodal niedbale zaparkowanego, drogiego auta i z piskiem opon pomknęła w siną dal świętując własne zwycięstwo.

Myśli Teresy w podobnym pędzie błądziły,po wielu próbach zmarnowanych szans. Głośno łkała za swe niespełnione pragnienia, nigdy nie zrealizowane marzenia. Doznała teraz przemożnie gorzkiego przeczucia, iż los czerpię swoistą przyjemność w przypatrywaniu się jej własnym niepowodzeniom. Pytała nieraz samą siebie i odpowiedzi nigdy nie przychodziły.

-Czemu tak musi być?- w jej myślach kłębiły się stale te same pytania.

Jej wspomnienia tymczasem pogalopowały do zeszłorocznej rozmowy. Zapamiętała na wpół roześmianą twarz jej teścia, śmiechem bardziej kpiny i dowcipu. Sięgnęła pamięcią do monologu teścia, zasłyszanego podczas jej prac stajennych, gdy tak bez ceregieli, za głośno, bez taktu stary Józek wykrzykiwał, na tyle donośnie by okoliczni mieszkańcy, znajdujący się w pobliżu, poprzerywali swe zajęcia i by wsłuchiwać się w miarowe zawodzenia.

-Tereska jest dla Ciebie praca przy mięsie, trzeba tylko mięso ważyć, przecinać, coś jakby dla rzeźnika zajęcia. Jak ulał dla Ciebie, podejdź tak z rana. No i trzeba o 4 raniutko wstawać a nie tak byczyć się do dziewiątej jak masz w zwyczaju-głos teścia brzmiał nieco kpiącą nutą. Co rusz powtarzał podobne zwroty, co rusz pouczał i ganił, zapracowaną i zmęczoną już synową, swym codziennym kieratem bez zapłaty.

Teresa zazwyczaj wolała ignorować podobne zarzuty, nie miała zamiaru konfrontować swych myśli z przybyłym. Starszy człowiek, wydzierał swe "ludowe mądrości" dopóki mu starczyło sił i tchu do wypowiedzi. Dopóki  z oddali nie posłyszał miarowego szczekania dzikich psów, co upodabniały swój głos jakby do echa wcześniejszego, wysłuchanego ujadania. Teść Józek wówczas milkł zawstydzony swym monologiem i bez słowa, żwawo krocząc, oddalał się tam skąd przybył. Teresa otuchy niekiedy znajdywała w smutnym lecz wyrozumiałym spojrzeniu pozostałych zwierząt, które teraz fachowo oporządzone, wyrażały po swojemu swoją wdzięczność za Teresy codzienną pańszczyznę. W ich milczącym potulnym wyjrzeniu, kobieta poczuwała szczera zapłatę, to jej wystarczyło.

Podczas następnego podoju krowy Jagody, gdy tam w zaciszu stajennym, miarowo śnieżno biały płyn przywierał do ustawionego wiadra, kobieta wspomniała niedawną ofertą.

Gdy pognała do kiosku, oddalonego dosyć blisko, lecz źle zaopatrzonego, z reguły w produkty dawno przeterminowane, zapamiętała swe nerwowe wyczekiwanie w zbyt długiej kolejce po cukier. Przed sobą widziała wiejskie przekupki, i szybko rozchodzący się cukier. Tam też stojąc  w długiej i wolnej kolejce wyczytała i pojęła z niewyraźnej wymowy jednej niewiasty pozbawionej urody charczącej o możliwości zatrudnienia się w kiosku będącym niemal na wyciągnięciu dłoni. I nawet wtedy Teresę spotkał zawód.  Gdy dnia następnego skoro świt, Teresa zapominając o swych codziennych pracach, w przyszykowanym dzień wcześniej modnym wtedy surducie, pogalopowała pod kiosk by złożyć własną chęć pracy, zastała za ladą tę samą babinę bez urody i dobrej wymowy pysznie się radującą. Niedbale się znajome przywitały i tak samo nie chętnie pożegnały, nie rozmawiając wcale o rozczarowaniu przegranej w walce o zatrudnienie.

Przegrana zawsze świeżo bolała, raniła duszę lecz stanowiła coś w rodzaju codziennej rutyny, przywykłej i szczelnie dotrzymującej jej zwykle towarzystwo, niedoli wiernej przyjaciółce.

XIV Rozdział

Noc spowijał ziemię pierzyną szarych odcieni. Tymczasem księżyc powoli wychylał swój srebrzysty owal. Teresa zrazu spostrzegła okrutne pobolewanie  w dole swych lędźwi, jakiś nieznany ucisk na serce, ponownie dawał o sobie znać, mocno niepokoił. Boleść brzucha jeszcze się wzmogła. Kobieta próbowała jeszcze wstać i nagle ból głowy dołączył do poprzednich cierpień. Spojrzała na kuchenny zegar, który jakby teraz dawał o sobie znać miarowym stukotem znaczącym upływ czasu. Panicznie przeżegnała się jak do pacierza, upiła szybko duszkiem kranowa wodę. walcząc z nabiegającymi myślami czym prędzej tak po domowemu odziana wybiegła do piwnicy, zderzając się i potykając o głośne gdakanie i zawodzenie zwierząt, które tym razem zignorowała, parła nadal dysząc po wystający w rogu rower. Sprawnie zasiadła i walcząc z nieznanymi mdłościami, zmierzała na nabożeństwo październikowe, które w tym momencie się rozpoczęło w oddalonym za lasami malutkim kościółku. Walczyła z pordzewiałym, zużytym  mechanizmem swego zawodnego pojazdu jednośladowego. Czuła, iż im bardziej walczy o szybki ruch tym bardziej mięśnie kończyn zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Obawiała się najbardziej złośliwego upadku na bezdusznej drodze. Spoglądała w mijane domostwa, gdzie już szarość kończącego się dnia rozmywała kontury po omacku rozpoznawane pomniki przyrody. Zadrgała bo zdawało się kobiecie że u zboczy mijanej góry widzi a nawet dostrzega postać nieżyjącej jej od kilku lat mamy. Zamarła. Obawiała się,iż na skutek zmęczenia od trawiącej ją niewiadomej choroby, nabawiła się omamów wzrokowych. Perspektywa takiej dolegliwości szczerze kobietę przerażała. Gdy szczelniej mrużyła powieki i próbowała zmówić na głos modlitwę. Rozpoznała w geście stojącej w oddali coś znajomego. Ruch widzianej postaci nawoływał do zejścia natychmiast z roweru i przejścia na druga stronę ulicę. Bez zwłoki tak też uczyniła. Otumaniona widokiem nieżywej matuli. Wykonała mechaniczne czynności, nie odwracając się za siebie, przeszła na druga stronę ulicy mocno zahipnotyzowana, dzierżąc w dłoniach zimne ramie damki. Gdy znienacka znalazła się po drugiej strony ciemnej ulicy, pojęła iż dopisało jej ogromne szczęścia gdyż droga jakby dla niej opustoszałą na moment. W ułamku sekundy później  jednakże jakby z prędkością światła pędziły olbrzymi ciężarowy samochód, który zajął i staranował dosłownie i dokładnie miejsce gdzie niechybnie wcześniej sama Teresa miała widzenie zmarłej , ukochanej postaci.

Kobieta ponownie zamarła z wdzięczności przemieszanej z przerażeniem i stosownym zamarciem oniemiałej z realności przeżytego zdarzenia.

Parła przed siebie popychana przez rower, który nagle z niewiadomej przyczyny nabrał siły i rozpędu jakby chciał nadrobić stracony czas i pozwolić w miarę całościowo uczestniczyć kobiecie na rozpoczętej na dobre eucharystii. Zdążyła na liturgię słowa, usiadł dumnie w swym drewnianym przytulnym miejscu obok innych nabożnych niewiast i przyłączyła się do słuchania Ewangelii z ust przystojnego duchownego, który w świetle kościelnych świec, sprawiał pozaziemskie wrażenie. Teresie zdawało się, iż koncelebrans sięga gdzieś innych nieziemskich kręgów znanych tylko  wtajemniczonym. Gorliwie zadumana, zmęczona długim dniem, chwile potem gdy liturgia nawoływała lud do pobożnego wstania, wtem nogi Teresy odmówiły posłuszeństwa bo uszom wszystkich zgromadzonych dało się słyszeć silne uderzenie, jakby osunięcie się dużego ciężaru na ziemię. Huk zjednoczył zgromadzonych. Głos uwiązł w gardle plebana, który nerwowo przewracał oczyma jakby sądził, iż to tylko namacalny kamień spadł mu z serca dla dodania wiary wątpiącym. Wiara sprawnie nabiegła. Kto przytomny pochylił się nad bezwładnym ciałem kobiety. Ktoś sprawnie lecz zdawkowo badał, ktoś inny mierzył puls. Pewna dama, paradnie odziana tubalnie zaalarmowała gapiów.

-Biegnijcie szybko po telefon i wzywajcie po pogotowie!-wolała prawie tracąc z przejęcia nieco tchu.

-Jest w ciąży, wygląda na trzeci miesiąc lub nawet czwarty, pogotowie też się przyda-odparła zrównoważonym głosem przystojna niewiasta o inteligentnym ponadto wyglądzie.

Tymczasem kilka usłużnych niewiast o słuszniejszej posturze w kilka osób naraz wyniosły do zakrystii, zemdlałą i zdiagnozowaną na błogosławiony stan  Teresę.

Duchowny przejęty wydarzeniem, dokończył zbyt pospiesznie rozpoczętą eucharystię, pozostali wierni myślami krążyli wyłącznie tym co spotkało stałą bywalczynię nabożeństwa.

W zakrystii, ciężarna odzyskała świadomość pod wpływem wody, którą obecna tam lekarka postanowiła uraczyć zemdlałą. Gdy zemdlał podniosła swe zielone źrenicę i gdy jej szczupła twarz pytające przerażenie ogarnęło. Obecna tam jeszcze kobieta o plotkarskim usposobieniu, przemówił jakoś uroczyście.

-Tereska jesteś w ciąży, temu zemdlałaś-wysyczała.

-To niemożliwe, pomyłka! -blada twarz kobiety zdradziła zaniepokojenie.

-Zaraz tu będzie pogotowie, to się potwierdzi. Tereniu spokojnie!-obecna tam pani doktor szeptem uspokoiła swą pacjentkę.

Nim ciężarna zapadała ponownie w błogi stan uśpienia, zrozumiała wolne ludzkie  odgłosy znajdujące się na granicy słyszalności. Odczuwała dziwne uspokojenie i jakiś już spokój, którego tak łaknęła. Po chwili ponownie otworzyła swe ospałe powieki i pojęła ,że już jest transportowana pogotowiem ratunkowym. Domyślała się wagi sytuacji lecz strachu tym razem nie odczuwała. Dłońmi chwyciła łapczywie swój drewniany różaniec, którego owocnie wydostała z wnętrza swej torebeczki ze skaju. Kakofonia obcych i nużących dźwięków, co rusz narastała, to przechodziła w pomruk usypiania. Usiłowała przytomnie uchwycić się choćby kojących zwrotek modlitwy a tym razem jej przytomność zawiodła. Po czasie pewnym, jej świadomość wydostała się z toni uśpienia, źrenice swe pożółkłe, rozdziawiła powodowana przestrachem i niepewnością zastania obcego miejsca. Przysiadła, tchnięta ciekawością. Blade, niedbale zamalowane na pastelowo ściany, sprawiały wrażenie obcości. Proste meble łóżkowe ustawione były po przekątnej niewielkiej sali, lichej sali. Naraz ujrzała otyły kobiety w wieku średnim, podobne jakby do siebie, bez pośpiechu człapiące ubrane w medyczne mundury. Poczuła wtedy powagę miejsca,w którym przyszło się Teresie zmierzyć z rzeczywistością. Chytrze ogarnęła spojrzeniem po skromnym, obcym posłaniu swego loża szpitalnego. Wzdrygnęła się nagle po poczuła zbyt silny ból w okolicach narządów rodnych. Syknęła nie pojmując swego stanu. Zapatrzyła się w dziwaczne wzorki, narysowane jakby amatorsko po zużytym już linoleum, służącym za podłogi. W rogu pomieszczenia napotkała przesadnie wychudzoną niewiastę, przyobleczoną na sposób szpitalny, która uwijała się nerwowo z mokrym mopem,wykonując dzikie tańce. Teresa zapatrzona na salową, wybuchnęła gromkim śmiechem, ubawiona jakby oglądała śmieszny spektakl.

-Z czego tak śmiejecie?- pytanie zadziorne zadawała pracownica.

-A nic patrzę tu tylko. Co ja tu robię?-rzekła szeptem Teresa, odwracając się od sprzątającej. Wtem napotkała inna kobietę w zaawansowanej ciąży, która niemal kaczym krokiem niezgrabnie usiłowała zając najbliżej położone na sali łoże. Ciężarna gramoląc się, zdążyła jeszcze wydostać z przepastnych foli, mnóstwo jadła, które z zawrotna prędkością, pochłonęła, mlaskając przy tym nieznośnie.

-Dzień dobry -Teresa usłyszała swój cichy głos.

-Dobry, dobry-gruby głos tamtej niezbyt zabrzmiał przyjaźnie.

-Przywieźli mnie tu, nie wiem kiedy bo spałam-wyrzekła swą mowę Teresa jakby tłumacząc się ze swej obecności.

-A wiem, pamiętam, ledwo Ci tę ciąże uratowali. Mówili że zagrożona była. Coś słyszałam jak mówili-otyła kobieta z pełnymi od jedzenia ustami wymówiła gdzieś zasłyszane zdania.

-O Jezu!-wyrwało się Teresie.

-Co Jezu, nie wiecie skąd dzieci się biorą?-tamta zarechotała bez taktu.

-Nie spodziewałam się, że to mnie spotka-wymówiła zmęczonym głosem.

Otyła ciężarna wywróciła oczyma jakby kpiąc, z pokornej wymowy świeżo przywiezionej ciężarnej.

-A gdzie tu lekarze? Muszę ich spytać?-Teresa nalegała z odpowiedzią.

Otyła wzruszyła w odpowiedzi niezgrabnymi ramionami. Wtedy z zajętego łoza, ułożonego nieco dalej, tuz przy wyjściu, dało się rozpoznać inną zmartwiona niewiastę, niewiarygodnie młodą, niemal dziecko. Dziewczę nie mogło być nawet pełnoletnie. Jej drobna dziecinna postura poruszała się po szpitalnym łożu jak przedszkolak po dywaniku.

Dziewczyna nie znajdując wygodnej dla siebie pozycji zupełnie nagle krzyknęła swym dziecinnym piskiem, dławiąc się własnym przerażeniem.

-Auuu, boli, weźcie mnie stąd!-krzyczała daremnie jeszcze trzykrotnie.

Teresa oprzytomniała i niewiele myśląc popędziła przed siebie, instynktownie wiedziona w poszukiwaniu choćby zwykłej pielęgniarki. Mijała wąski zbyt długi i identyczny w każdej cali korytarz. Rozglądała się zachłannie, usiłując wezwać pomoc dla siebie i młodej. Wyczytała migający na szczycie rozwidlonych salek napis jakby krzykliwie wzywający "Patologia ciąży" Zmrużyła powiekami nie dowierzając. Wtedy tuż przy ciężarnej zmaterializowała się groźnie i niepokojąco wyglądająca położna.

-Co tak łazicie? Wrócić proszę do sali!-głos położnej grzmiał wymownie i sucho.

-Szukam pielęgniarki, boli mnie podbrzusze i taka młoda matka płacze u mnie w sali -wymówiła jak modlitwę nowa pacjentka do pleców postawnej położnej, która gestem lekceważenia, bez słowa odeszła w przeciwnym kierunku swym małym truchcikiem.

Pacjentka smutno spojrzała w dal, patrząc na bezduszne gesty i ruchy personelu medycznego, wykonującego swe obowiązku jakby w poczuciu krzywdy, może pokuty niechętnie drętwo. Zrezygnowana wróciła do swej salki, gdzie zastał jeszcze kolejną niewiastę, uśmiechniętą, dumnie paradującą z wystającym brzuszkiem, która dumnie i z wyższością spoglądała to na otyłą pacjentkę, czymś się  łapczywie znów zajadającą i zapłakaną prawie dziewczynkę w  niepasującej doń ciąży.

-Te pielęgniarki i położne coś nieużyte są-wyrwało się Teresie gdy sadowiła się na swym skrzypiącym szpitalnym łóżku.

-Ja nie narzekam, dziś mam wypis po południu -wyraźnie zaskrzeczała głosem podniosłym pyszna ciężarna, gładząc się po swym przesadnie wydatnym brzuchu, mieszczącym jakby trojaczki w końcowej fazie stanu błogosławionego.

-To bliźnięta?-zagadnęła Teresa.

-Słucham?-zapytała podniośle tamta, nie racząc nawet spojrzeniem pytającej.

-To porządny chłopiec lada dzień ma przyjść na świat -zaśpiewała ubawionym tonem inna ciężarna kończąca swą nieustanną ucztę widocznie na cześć jeszcze nienarodzonego.

Teresa zrezygnowała z prób nawiązywania kontaktu, wraz z przypadkowo napotkanymi kobietami, nie usiłowała wcale dopraszać się wymuszonej przyjaźni. Odwróciła się chyłkiem do obcych kobiet, palce swe nanizała w swój wysłużony różaniec, szeptem jakby myślami zanurzyła się w modlitwie i w sposób swój najwłaściwszy odnalazła potrzebne ukojenie. Powrócił sen i w nim się zanurzyła. Sen miała urodziwy tym razem bo zobaczyła ponownie malutka dziewczynkę, z dwoma gustownymi warkoczykami i uśmiechem ślicznym, grzecznym, zdobiącym miła twarzyczkę.Sen korcił i radował niewymowną realnością. Gdy już swe powieki zbudziła, doznała niejako zawodu bo tęsknota za wybudzonymi obrazami ponownie owładnęła smutną duszą Teresy. Stanęła na równe nogi, gdyż olbrzymia niczym mężczyzna kobieta, wtaszczyła pożywienie na wózku,czyniąc przy tym rumor ogłuszający. Wózek z parującym żywieniem po chwili znalazł się w zasięgu wzroku ciężarnych.

-Jedzcie, wszystko, obiad jest. Brać!-wydarła się kobieta olbrzym, wykonując szybkie akrobacje z parującymi brejami na płaskich talerzach, racząc ciężarne przyniesioną strawą.

Kobiety bez zainteresowania zabrały się za obowiązkowe pałaszowanie, jedyny entuzjazm otyła ciężarna wyrażała bo niebawem zażądała dokładki, co skazywało grubą ciężarna na kpinę u pozostałych kuracjuszek.

-Ja się nie lubię tak opychać-pysznie zamlaskała dumnie ciężarna patrząc  z wyższością na pozostałe kobiety .Zapłakana dziewczyna jedynie obwąchiwała żywność od czasu do czasu, z obawy przed spróbowaniem. Teresa zaś malutkimi łykami pożywiała się pozbawioną smaku kaszą gryczaną, myślami błądziła do swego pozostawionego na pastwę losu gospodarstwa. Zrazu ogarnęła ją żywa tęsknota za osamotnionymi zwierzętami. Teraz i ona poczuła się wśród obcych i w obcym położeniu samotnie. Dzień powoli chylił się ku wieczorowi, czas wydłużał się niemiłosiernie, na nic zdawały się drzemki i przesypiania dnia. Gdy ciężarna budziła się z płytkiego snu swymi oczyma widziała, te same sceny grane przez te same postaci. Niekiedy współlokatorki Teresy witały gości domowych. Niekiedy przebywający mężowie z czułością mniej lub bardziej graną, udowadniali przed innymi ciężarnymi wzór ojcowskich cnót. Jedynie Teresa samotnie tkwiła w rogu sali, gdyż nikomu z jej bliskich do tej pory nie zależało na zwizytowaniu ciężarnej w szpitalu. Zał także zagnieździł się w jej sercu z powodu służbowego i niezbyt ofiarnego postępowania służb medycznych. Odnosiła wrażenie,że większość zatrudnionych osób przebywa na terenie placówki za karę, lub z przymusu.

XV Rozdział.

Dzień za dniem miarowo i powoli przeobrażał się w tygodnie. Pobyt kobiety na oddziale szpitala przywodził jej na myśl pobyt rozbitka na samotnej wyspie. Gdy już ból powiek mocno znaczył ślady jej samotnego przebywania, zrazu poczuła rozczulająca więź z jeszcze nienarodzonym dzieckiem. Ckliwie na granicy słyszalności od tej pory prowadzić poczęła dialog z nienarodzoną istotą. Gdy po solidnym obiedzie, wyczuła ruchy nienarodzonej istoty, radość ciężarnej przeszła w niemal mistyczne doznanie szczęścia. Od tej pory pojęła, iż długa zdawało  by  się bezkresna samotność dobiega kresu. Bowiem ma pod sercem bezbronną duszyczkę najściślej zależną od niej samej. Ta nowa myśl i nowe doznanie, wprowadziło szczerą radość i jakiś rodzaj ukojenia do serca ciężarnej. Poczuła nareszcie smak należnego i jej przedziału szczęścia. Nowa jakość życia, napoiła jej głodną duszę nowym napojem spełnienia i sensu. Gdy już powieki w sen zapadały, błogość dążyła do zespolenia w ukojenie senne, wtedy to zobaczyła nad swym łóżkiem pochylającą się kobiecą postać.

-Terenie obudź się, jak się czujesz?-głos ten należał do siostry rodzonej Teresy, kobieta miała na imię Elżbieta.

-Ela? Jak mnie tu znalazłaś?-wyszeptała Teresa prawie budząc się ze snu, i odczuwając na sobie intensywne spojrzenia pozostałych osób obecnych na sali.

-Przyszłam Cię odwiedzić, wszyscy na parafii o Tobie mówią-odparła krewna.

-Masz, przyniosłam Ci przybory toaletowe. Masz tu owoce, słodycze, odpoczywaj-dokończyła Ela.

-Dziękuję Ci bardzo, brzemienna niemal ucałowała gościa w okolice czoła i powodowana wzruszeniem, niemal walczyła  z napływającym ją płaczem, który niebawem stał się naturalną reakcją na nobilitującą  ją  zmianę.

-Nie płacz już!. Będzie dobrze!-przybyła uspokoiła siostrę ciepłem głosu.

Czas spotkania milo popłynął niemal serdecznie choć zdawkowo krótko. Elżbieta to młodsza o dwa lata siostra rodzona Teresy. Obie kobiety od dziecka różniły się niemożliwie bardzo charakterami i zaradnością życiową. Elżbieta zadbała najbardziej o swą edukację, postanowiła następnie pracę w urzędzie zdobyć. Za mąż wyszła także nieudanie, za nie okrzesanego chłopa z którym to trójki dzieci, niezwykle udanych doczekała. Los dla Eli był bardziej uśmiechnięty i hojny bo głodu nijakiego jej rodzina nie zaznawała, prace choć ciężkie były jednak wynagradzane. Dzieci chowały się bez zarzutu i zmartwień. Jednakże sporadyczny kontakt kobiety ze sobą utrzymywały, gdyż jedną i drugą kobietę inne sprawy zaprzątały głowę i serce. Lecz w razie niedostatku i choroby, ta mniej poszkodowana zazwyczaj chodziło o młodszą z sióstr czasu i serca na starszej siostrze nie oszczędzała.

XVI Rozdział.

Zima tymczasem przybyła niespodzianym chłodem, zawistnymi wichurami, potęgującymi poczucie zimna. Ciemne chmury, zakrywały blade promienie słońca, które pokonane przez szarugę nie miały siły na przedostanie. Sezon choć uczciwie przybliżający się świątecznie, bardziej przywoływał na myśl jeszcze szarugę dnia zadusznego.

-Tereniu, choć zabieram Cię do domu-natarczywy głos rodzonej siostry,Eli zbudził z głębokiego snu swą rodzoną ciężarną.

-Jak to nie mam leżeć?-chrypką wymówiła obudzona.

-Nie, już wszystko dobrze, masz w domu odpoczywać. Rozmawiałam z lekarzami, no ubieraj się-głos odwiedzającej choć kojący ale jakoś bardziej byłby przeznaczony do okiełznania niesfornego dziecka.

Teresa jednakże posłusznie i bez ociągania szykowała się do opuszczenia szpitala od czasu do czasu ponaglana przez własną siostrę. Ukradkiem tylko oglądała zaciekawione spojrzenia pozostałych ciężarnych, które tym razem złączone przy łóżku najmłodszej ciężarnej, szeptały wzajemnie tylko sobie wiadome słowa. Otyły lekarz wtoczył się do sali szpitalnej, popatrzył zmęczonymi paciorkowatymi oczami na kobiety. Podszedł sapiąc jakby sam był w ciąży i wymachując wyciągniętymi z kieszeni wczorajszego fartucha, kilkoma receptami, wymówił przeciągle z wysiłkiem.

-Proszę dbać o siebie, pani przekroczyła już czterdzieści dwa lata, to bardzo nie rozsądne-zakaszlał medyk do wtóru niestosownego chichotu, pozostałych ciężarnych.

-Zdajemy sobie sprawy z zagrożenia wiekiem-odparła Kazia półgębkiem uśmiechając się przekornie. Niebawem obie kobiety gramoliły się już do nieopodal szpitalnego parkingu, zaparkowanego małego fiata, należącego do Elki.

-Jak Ty sobie dasz radę?-ochryple zasępiła się Kazimiera, walcząc ze stacyjka wysłużonego pojazdu. Nareszcie udało się zapalić wiekowy samochód. Kobiety ruszyły pogrążone we własnych myślach i wsłuchane w głośną pracę silnika. Mijały oszronione mrozem drzewa, gdzieniegdzie porzucane i topniejące śniegi, Aura zdawała się mroźna i mało przychylna podróżującym. Zrazu mknęły przydrożnym lasem, droga z asfaltowej przechodziła w kamienna i naraz w polną ścieżkę. Las gęstniał choć drzewa były ogołocone z liści i  z lekka ozdobione mrozem. Tymczasem samochód niczym stary gruźlik zakaszlał i stanął. Kazia kilkakrotnie jeszcze ponawiała próbę uruchomienia stacyjki lecz nawoływania i krzyki zdały się daremne. Kobiety ogarnęła panika. Pełne leku i bezradności poczęły szeptać wyuczone w dzieciństwie modły, co niekiedy dawały im  otuchę.

-No jedź,że stary gracie- Elka traciła cierpliwość.

-Patrz, Elu tam dalej jest śliczny drewniany kościółek, pójdźmy tam, chyba roraty tam trwają-głos Teresy nagle się ożywił.

-Dobra!-Elka wypadła na chłodne powietrze, trzaskając drzwiami malucha. Tuż za siostra jak na komendę wypadła z auta tez ciężarna. Obie kroczyły gęsiego wąską dróżka wiodącą w stronę sosnowego lasu, skręcając pośpiesznie w prawo ujrzały rozpościerający się u stóp wiejskiej górki, śliczny, maleńki gotycki kościół. Widziały ponadto inne starowinki niemrawo kuśtykające w stronę świątyni i za nimi też podążyły. Msza święta akurat w połowie była już odprawiona, tymczasem krewne usiadły tuz przed zdobnym konfesjonałem i podziwiały bogate zdobienia, wsłuchane w pobożne melodie wygrywane przez organistę. Gdy msza pośpiesznie zabrzmiała ku końcowi, brodaty duchowny pokracznie  przystanął przed podróżnymi.

-Wy nie tutejsze? Wy pobłądziły-duchowny gawędził swojską, miejscową gwarą, co dodawało mu przychylności w oczach zagubionych kobiet.

-Szczęść Boże, właśnie z Nieba nam ksiądz spadł - Teresa poczęła się kajać, jakby winna była.

Duchowny objął wzrokiem znaczny brzuch kobiety i uśmiechnął się jakby ubawiony.

-Wy to chyba z Duch Świętego poczęły bo w Waszym wieku to raczej niemożliwe?-pleban zabrał się na dowcipkowanie.

-Bóg widocznie tak chciał i takie są Jego wyroki-rzeczowo odparła Ela.

-Nie bój ta się pomożemy Wam, Kościelny Was doholuje do domu-dodał uspokajająco duchowny kuśtykając w stronę schodów prowadzących do zakrystii. Kobiety onieśmielone nagłym wybraństwem, popatrzyły po sobie zmęczone, obie przejęte i bez słowa oczekiwały rozwoju wydarzeń.

-Chodźcie za mną kobiety -młody, ususzony lecz komicznie wyłysiały mężczyzna rozkazująco nakazał kobietom by szły tuz za nim.

Niebawem obie kobiety niczym dwie schodzone stopy weszły do swego nazbyt ciasnego  obuwia i pozwoliły by olbrzymia ciężarowa maszyna sterowała ich rozklekotanym wozem. Zjawisko napawało długą radochą, miejscowych parafian, którzy dziwnie wpatrzeni w widmo samochody niemal wyginali się ze śmiechu, do wtóru wydawanych przez silniki odgłosów.

-Jesteśmy uratowane - Elka pokrzepiająco dotknęła skulonego z przestrachu ramienia Teresy, z żalem tylko widziały jak w sposób przyspieszony zapadła zmrok, zamieniając dzień w asfaltową ciemność.

-Już jesteśmy na miejscu -zaskrzeczała gromko Elżbieta rozpoznając znajome swe obejścia, teraz zupełnie pogrążone w mroku nocy.

Trąbiąc odważna kobieta dała znać by usłużny kościelny prowadzący ogromną ciężarówkę zaprzestał dalszej jazdy.

Nagle pojazd zatrzymał się, jakby stracił orientację w ciemności. Wtem prędko młodsza z sióstr podeszła do kierowcy i na migi wyjaśniła dalszą trasę.Tamten poruszał łysą głową i bezbłędnie toczył swe maszyny, coraz bliżej domostwa Teresy.

-Tereska, wysiadaj!-Elka, krzyknęła do siostry, sprawiającej zaspane wrażenie.

-To już, Jezu umarłam i poszłam do piekła bo widzę diabła z widłami-zawodziła ciężarna histerycznie przebudzona z błogiego letargu.

-Gdzie? co? -wyrwało się młodszej siostrze, szamoczącej się z szczelnie upchanymi torbami,  porzuconymi na tylnym siedzeniu auta.

-Tam-odparła z przestrachem Teresa, strach ten udzielił się i rodzonej siostrze.

Nim kobiety zdołały wydostać się z ciasnego fiata, im oczom ukazały się wstydliwe, dantejskie sceny. Ocierając pot z czoła, obserwowały walkę sąsiada Mścisława z ogromnymi widłami, którego kolce zdobiły zwierzęcy nawóz. Rozeźlony sąsiad bowiem wymachiwał zbrodniczo wyglądającym sprzętem w śmiertelnie przerażonego kościelnego, który powodowany instynktem samozachowawczym tkwił uczepiony zamknięty w ciężarowym samochodzie.

-Gdzie żeście stanęli? Wynocha stąd to teren prywatny-wściekłe piany wydobywały się z czerwonej z gniewu nalanej gęby sąsiada.

-Zaraz wyjedziemy stąd człowieku, bądź człowiekiem że -głos ten dobywał się z przerażonej krtani Elżbiety.

Odważna kobieta daremnie usiłowała uspokoić, pełnego nienawiści napastnika. Tymczasem napierający gniewem otyły sąsiad, gorączkowo uderzał grabiami, haracząc skutą mrozem ziemię. Gdy wypluł gniewne wyrazy, znowu nabywał energię by jeszcze zakończeniem stajennym narzędziem, porysować szpetnie maskę szkodliwie zaparkowanego samochodu usłużnego Kościelnego. Przezornie zaś Ela na migi porozumiała się z kościelnym by odjechał, zaś sama uwolniła własnego fiata z krępujących ją przeszkód. Teresie potulnie wtoczyła się do swego domostwa, za którym zdołała się bardzo zatęsknić. Tuz za sobą ujrzała kapitulacje podłego sąsiada, oraz z hukiem odjeżdżające samochody; wpierw pojazd kościelnego a tuz za nim turlał się o własnej mocy mały fiat Elżbiety, szczęśliwie przywrócony do stanu użytkowania. Teresa obuta w torby podróżne, przystanęła obok rozłożystej lipy, chroniąc się w jej cieniu, zasalutowała do wyjeżdżającej siostry, i do szczęśliwie pędzącego w nieznane usłużnego nieznajomego z napotkanego kościółka.

-Dziwne-wymówiła Teresa na głos walcząc z poczuciem zawstydzenia i zawodu z powodu ataku podłości, sąsiada który nigdy nie przepuściłby okazji by dać pokaz własnej podłości. Tymczasem jej kroki parły już do własnego kąta za którym boleśnie zdołała już zatęsknić. Ponadto głód w żołądku złośliwie przybierał na sile.

-Halo jestem -zawołała w pustą i tonąca w mroku przestrzeń.

Dosięgła do źródła prądu, wtem światło boleśnie raniło kobiecie źrenice ciekawe spotkania z domownikami.

-Jestem, już-kobieta krzyczała, licząc na spotkanie ze starym wujem.

Zastałą rażącą zewsząd i napierającą zewsząd pustkę. Boleśnie oczekiwała wylegującego się na pościeli swego wuja, jak w zwyczaju miał o tej porze dnia. Dom ogarnął chaos, niedbale uprzątnięte sprzęty kuchenne walały się przypadkowo wokół kuchni i dookoła sypialni. Kurz kilkudniowy zdążył już zadomowić się na blatach kuchennych i meblach. Jeno podłoga błyszczała od przesadnej białości, zewsząd unosił się zapach jakby rozlanego octu.

-Kici, kici-kobieta nawoływała daremnie. Nikt nie zareagował .Porzuciła trzymane kurczowo torby, z których niechybnie poturlały się przybory toaletowe. Zignorowała przymus porządkowania. Zmęczona naparła na lodówkę, wtem jej usta rozjaśnił prawdziwy, z dolej półki, pyszniły się cudnie pieczone gołąbki. Ucieszona zastanym widokiem, bez zwłoki chwyciła oburącz ulubione dania. Jadła, zamaszyście i zachłannie jakby od przeżutego pokarmu zależało jej życie i niewinnej istoty, którą pod sercem wyraźnie już czuła.

Gdy łapczywość ciężarnej wracała do stanu umiarkowanego, wtem nagle siły zdawały się narastać i jakby nowa energia poczęła się w jej wnętrzu tlić. Zrazu oddała się czynnościom higienicznym, tym razem niejako ostrożniej i staranniej niż zwykle. Zajęta obmyślaniem własnej przyszłości, posłyszała wyraźnie kroki cudze, prędko napływającej. Zamarła. Pożałowała braku swej przezorności przed zaryglowaniem się bezpiecznym. Już było za późno.

-Święta, Maryjo chroń mnie od ludzi złych - wymówiła ściśniętym gardłem, wtulona w stary ręcznik.

-Tereska, gdzieś jest, gdzieś żeś się schowała kozo?-głos tenże zadziorny  także rozpoznała. Teściowa, matka Zbyszka. Poczuła ulgę. Kobiety niezgrabnie, sztywno stanęły naprzeciw siebie, mierząc się nawzajem ciekawym wzrokiem.

Nie padły sobie w objęcia bo nawet takiej pokusy nie miały. Kobiety ze sobą splatała zaledwie postać Zbyszka, niekiedy wzajemne żale, niedomówienia, niekiedy nawet chwilowe porozumienia, lecz daleka dzieliła je droga do bliskości i serdeczności.

-Tereska narobiłam Ci gołąbków, słyszałam co Ci się stało-głos starej teściowej brzmiał dobrodusznie choć mało przekonująco. Teresa oschle podziękowała.

-A gdzie Ambroży?-krewna spytała o wuja.

-Zabraliśmy go na gospodarstwo nasze bo tu się jeno marnował i czerstwiał.

-Jeszcze tez przyjeżdżałam autobusem by Ci chatę uprzątnąć i oporządzić zwierzynę jak Cie nie było tak długo - wyliczała teściowa.

-Bóg Wam zapłać, nie trzeba było -odparła ze smutkiem Teresa, wpatrując się w nową siateczkę zmarszczek zdobiącą nabiegłą dalszą starością, twarz spracowanej teściowej.

-Musze Wam pomóc bo byście zginęli - odparła seniorka z wyższością spoglądając na zaokrąglony brzuch synowej.

-Ma się latem urodzić-głos ciężarnej zdradzała przerażenie.

-Jak wy sobie to wyobrażacie? Z czego wyżyjecie i jak?-teściowa traciła cierpliwość, jej zmartwioną twarz co rusz kurczył grymas niepokoju.

-Jak Bóg da tak będzie -zakończyła rozmowę Teresa, wybiegając do toalety za potrzebą.

Tymczasem seniorka pochopnie zabrała się za porządki, wykonywała jeszcze z mopem tak dziwne harce, które zbudziły i wytrąciły z równowagi psa, który drzemał do tej pory na pościeli Ambrożego.

-A sio, pieronie!-starsza kobieta zgoniła zwierzę i poczęstowała stworzenie skisłym mlekiem, postawionym od wczoraj na parapecie. Kobieta chwilę tak jeszcze potańczyła wtulona do miotły i niepewna ruchu i zachowania w nowej roli, którą naszykował jej los.

Próbowała zdobyć się na uprzejmość, wydać choćby uprzejmy zwrot słowny lecz zamiast tego założyła kolorową chustę na głowie, którą wcześniej przezornie ułożyła na stole i odmaszerowała na przystanek autobusowy, nie żegnając się wcale.

Mróz wdzierał się do chałupy, która zrazu domagała się ciepła, piec opustoszały stał w rogu izby a jego widok dopraszał się jakby niezbędnych czynności. Kobieta ociężale po chwili upychała czym tylko nadawało się do ogrzania olbrzymiego jestestwa kaflowego olbrzyma. Sterta śmieci, nieuporządkowane resztki drzewa, przysłużyły się za ocieplenie domu. Dumna z wykonanej pracę, pragnęła się ułożyć do snu lecz jakiś wrodzony przymus pracy i powołanie do wysiłki, sumiennie zabraniało należnego odpoczynku.

-Nakarmię jeszcze zwierzynę, pewnie biedaki głodne - rzekła pojednawczo do swego sumienia. Staranne czynności przy stęsknionych zwierzętach, przywróciły na powrót potrzebny spokój. Gdy patrzała na liczne chude główki ptactwa domowego, chciwie wydziobujące zawartość miski pełnej jadła, gdzieś w oddali usłyszała miarowe kroki,dudnienia przechodzące w galop. Chwilę nasłuchiwała. Zadomowiona wśród potrzebujących, nie okazywała zamiaru wychodzenia naprzeciw komuś nadchodzącemu.

-Hej, hej jest tu ktoś w tej chacie, jest ktoś ?-głos Zbyszka roznosił się po budynku mieszkalnym, uderzał echem i milkł. Niechętnie, pełna obaw kierowała się na spotkanie z powracającym z daleka. Jeszcze nim dopadła drzwi wiodących na spotkanie, rozejrzała się na ucztujących beztrosko. Stworzenia odwzajemniły spojrzenia i w ich wzroku rozpoznała współczucie. Ta litość zmieszana ze zrozumieniem z lekka gospodynię pokrzepiła. Zbyszek pierwszy wychylił dzielące ich tekturowe drzwi.

-No chodź, że się przywitać. Co się tak chowasz jakbyś na sumieniu coś miała?-głos przebierał pretensjonalne tony i brzmiał dziwnie obco.

-Jestem, jestem-kobieta spojrzała na posturę męża, zrozumiała, że czas odciął się piętnem na jego ptasiej urodzie. Dostrzegła znaczną siwiznę na głowie i spore zmęczenie na twarzy. Stali tak chwilę mierząc się własnymi oczyma  beznamiętnie. Niezdolni do serdeczności, oddychali ciężko, płytko jakby oglądanie siebie wzajemne kosztowało ich sporo energii i wysiłku.

-Słyszałem, że ksiądz Cię tak załatwił. Jego ten brzuch?-głos Zbyszka był ostry jak brzytwa i charczał potępiająco.

-Czemu mnie tak znieważasz?Jak możesz Bóg Cię osądzi,za te bluźnierstwa-głos Teresy przechodził w szloch i kończył się płaczem.

-A czyj niby?-Zbyszek szedł krok w krok za ciężarną i ciskał złośliwe błyskawice wprost ze swych kaprawych oczu.

-Nie pamiętasz nic?Taki głupi jesteś czy udajesz?-Teresa usiadła na kuchennym stołku i ręce złożyła ku Nieba. Zbyszek zamarł, walczył dłuższą chwilę z napływającymi doń myślami. Niejako zawstydzony odparł.

-Dobra połóż się, nic nie rób bo Ci się coś stanie-w sumieniu małżonka Teresy nastąpiła na chwilę przemiana.

-Są gołąbki w lodówce. Podgrzeje je na kuchni-powiedziała uspokojona kobieta, częstując męża jedzeniem.

-Nie trzeba zjem zimne, głodny jestem-Zbyszek chwycił ogromną brytfanką. Pochłaniał zachłannie na stojąco, bez ceregieli wszystko co znajdowało się do zjedzenia.

Teresa parsknęła śmiechem i zabrała się za domowe czynności w wesołym i roześmianym nastroju, słysząc tylko głośne siorbanie dochodzące znad brytfanki.

-Co się tak gapisz?Pracuj, sprzątaj!-głos Zbyszka znów stal się rozkazujący.

-Dobra, dobra-rzekła sprzątając ze stołu brudne sztućce.

XVII Rozdział.

Opad gęstniał, przemieniał się w lód uszczypliwy. Opad śnieżny tańczył, igrał i powiększał białe czapy dookoła.  Zima coraz większe ochłodzenia co dzień nabywała. Pola zostały skute prze nielitościwe lodowiska. Teresa tymczasem coraz więcej odpoczywała, do prac polowych i przydomowych jedynie gdy przymus odczuwała, wtedy się rwała. Niekiedy widziała okrutnie sapiącego starego wuja, co mu obowiązkowo z nosa gluty katarowe uciekały, który to taszczył puste wiadra ze stajni, obrażony wyzyskiem spozierał po nieposprzątanych izbach i przeklinał wtedy bez kultury.

-Cholera parobka ze mnie zrobili, same udają chore bym ja się mordował-gadał sam do własnych myśli, wykłócał się z własnym sumieniem. Zawstydzona takim obrotem spraw, Teresa powodowana poczuciem grzechu lenistwa, pomimo pobolewań, szybko narzucała na swe szczupłe wciąż plecy potargane palta i pędziła przed siebie. Ambrożego bez słowa wyręczała, zezwalała mu na odpoczynek a sama, przetrzymując siarczyste mrozy i wszelakie niewygody parła do góry po betonowych schodach by skurzone siano wydrzeć dla krów i przepędzić ponadto powstałe częściej niż grzyby po deszczu,  gniazda z rodzinami gryzoni myszowatych.

Wobec obłych stworzeni z rodziny myszowatych nie wykazywała wcale zgorszenia ani wrodzonemu innym kobietom obrzydzenia. Gdy uszkadzała mimochodem konspiracyjne gniazda mysie wówczas misternie na powrót pozwalała budować różnorakie gniazda namnażającym się bez umiaru. Sama też sumiennie odgradzała urodzajny teren od pazernych kocurów. Tymczasem później ku wieczorowi Zbyszek przechadzał się po strychowym obejściu, popełniał szczegółowe obchody swego gospodarstwa, tym razem zastał tam olbrzymie stada pełzających gryzoni. Na ich gęsty widok ogarnął pana domu śmiertelny zawód i wstrząsnął nim niepohamowany gniew, przechodzący w amok. Chwycił grabi, niedbale tam odłożonych i począł nimi toczyć bój o przeżycie z zastanymi tam stworzeniami. W Zbyszka wstąpiły nadludzkie moce, tak iż zdolny był do mordu skutecznego i okrutnego wymierzania sprawiedliwości znanego w czasach panowania hitleryzmu. Po kwadransach kilku pomieszczenie strychu usłane było zakrwawionymi trupami, rozprutymi i bezlitośnie roztarganymi gryzoniami.

-A macie wy ohydne myszy dobrze wam tak?-powtarzał niemal podniecony choć, dumny z wykonanego zadania, jednak jakby wciąż żarliwie walczący.

Przeszukał dokładnie stogi siań w poszukiwaniu przezornie uchowanych gryzoni. Kurz wygnany z przeczesanego siana wcale jakby nie drażnił ani oskrzeli pracującego w pocie czoła przyszłego ojca rodziny ani jego rozdziawionych złością gardzieli.

-A macie wy-powtarzał bez litości, upojony własnym bojowym panowaniem nad bezbronnymi.

Tymczasem Ambroży skrobał suchy chleb niedbale posmarowany słoniną, siedział na swej pościeli, zasłyszany z oddali dochodzące odgłosy, coraz bardziej intensywne i waleczne. Rozpoznał dźwięk grabi w ruchu i zaniemówił wsłuchany.

-Teresa chodź posłuchaj jak diabli się na strychu tłuką, uf-tupnął nogą zgorszony narastającą kakofonią znajomych odgłosów.

-Diabły się żenią, będzie wojna albo co-powtórzył jeszcze i zagłębił swą bezzębną szczękę w nieświeżą pajdę chleba. Odgłosy walk jakby ustały.

-kapitulacja albo ktoś zawiesił broń-szeptał stary zionąc ulgą, wyjaśniając i tłumacząc sobie samemu niecodzienną walkę rozgrywającą się na strychu.

Teresa tymczasem, zamiar miała wybrać się na mszę święta lecz z braku odpowiedniego pojazdu i kierowcy z żalem potrafiła jedynie zrezygnować z planów. Niekompletny rower nie nadawał się na przejażdżkę  w sam środek burzy śnieżnej. Aby zając wolny czas zabrała się za zajęcia kulinarne, coraz bardziej wymyślne zachcianki smakowe domagały się rychłego spełnienia. Zbyszek zmęczony i przesadnie wyczerpany, wylegiwał się na swym spróchniałym materacu i słuchał na cały regulator religijnej audycji radiowej. Ciężarna zeszła schodami na dół by opatrzyć zwierzynę i cokolwiek uprzątnąć a następnie poszukać w piwnicy choćby garnek kartofli na pierogi. Niebawem przystanęła wielce zadziwiona, gdyż ujrzała kilkanaście przepełnionych  szczelnie zawiązanych worów z kartoflami, oparte o ściany niepobielane, zabezpieczone od głodnej zwierzyny. Zamarła. Dumała w jaki sposób i kto mógł przytaszczyć i wcześniej wykopać na odległych zagonach tak dorodne kartofle?. Ostrożnie rozpruła najmniejszy wór, wydobyła smakowicie się prezentujące się ziemniaki. Z uśmiechem na twarzy stanęła przed drzemiącym starym wujem i spytała.

-Skąd u nas tyle ziemniaków? Ukradłeś komu czy co?-spytała.

-Co? A te ziemniaki ja żem wykopał motyką, codziennie po trochu i się wykopało. A co krasnale to miały zrobić?-odparł oschle, przeciągle stękając, usiłując przysiąść na swej pościeli.

-O Marko!-zaniemówiła.

-Jakie Matko? Nie było zmiłuj się. Czasem mi ta dobrodziejka Stasia Sochowa ta Amerykanka spod lasu przynosiła jadło bym nie umarł, wodę mi przynosiła i mleko..To dałem rady-snuł swe opowieści stary.

-A raz ten Mściwy sąsiad mi przyniósł na talerzu jakąś breję, powąchałem i mi się drzeć chciało bo śmierdziała, rzuciłem to psu bo mi się plątał pod nogami-stary siarczyście zakaszlał i ciągną dalej.

-I gdy następnego dnia żem przyszedł kopać ziemniaki na zagony to widziałem jak ten pies leży nie żywy, to musiała trutka być jak nic-zacharczał wuj.

-O Jezu, dobrze żeś nie kosztował-Ciężarna wzniosła ręce ku Niebu jakby w podzięce za ocalenie starego.

-No, ja się znam na złych ludziach-uśmiechnął się.

-Tylko, że mnie ręce potem bolały tygodniami i kręgosłup mi siadł-narzekał.

-Za to będziesz miał pyszne pierogi-dodała kobieta pojednawczo.

XVIII Rozdział.

Zaspy śnieżne zmieniały i dekorowały krajobraz za oknem w bajkowa zimę. Teresa jak zaczarowana z zachwytem  wpatrywała się w majestatyczny obrazek zimowy. Zdawało się że zbliża się ku jej domostwu prawdziwy śnieżny bałwan na niemodnej już motorynce.

Przymknęła ciężkie powieki i rozpoznała w zbliżającej się postaci, wiejskiego listonosza, mimochodem poczuła znajomy strach i jakiś zdwojony niepokój. Tymczasem pracownik poczty zawzięcie walczył z napierającymi go zaspami a następnie ze zbliżającymi się i ujadającymi złośliwie psami, jakby po swojemu chcieli zapobiec wiszącemu niebezpieczeństwu.

Niebawem korytarzem kroczył charakterny korowód powstały z listonosza, zaciekłych psów i Ambrożego po swojemu dokazującemu lecz w nie wiadomo w jakim celu.

-Tereniu mam list polecony  z pieczątkami z Sadu Rejonowego, proszę o podpisik -rzekł wyniośle przybyły, szkaradnie wycierając swój wystający nochal o własny rękaw służbowy.

Kobieta niczym automat bez słowa, złożyła podpis na podanym mocno wybrudzonym wilgocią papierku i zaraz odruchowo wyrwała dużych rozmiarów kopertę. Bez słowa pobiegła do swej sypialni, nerwowo rozdarła kopertę i czytała szereg ciemnego druku maczkiem zasypanym. w miarę czytania bladła i traciła tchu, magle przystanęła oparła się o blat stołu, prawie trąciła kaktusa mocno wystającym już brzuchem..

-Zapłacić grzywnę Jaszczurom w wysokości trzech tysięcy za niesubordynację?-powtarzała i nie rozumiała i sensu i ciągu czytanych słów.

Jej smutne i przerażone oczy nadbiegły łzami, ciężarna wrażenie sprawiała, osaczonego zwierzaka uchwyconego we wnyki podłego kłusownika.

-Jak to skąd ja wytrzasnę tyle pieniędzy i za co? -załkała.

-A co to jest?- spytał Ambroży.

-Dobrze,że nie potrafię czytać lżej mi od tego na duszy i na zdrowiu-wymówił stary z przekonaniem.

-Masz rację. ja bym tez wolała tego nie widzieć i nie znać. Litości, podłości ludzkiej nie mogę już zdzierżyć -zalała się łzami z bezmiaru bezradności.-

-Nie becz nic nie musisz płacić i nic Ci nie zrobią a co?-doradził starszy wu.

Kobieta zamilkła zajęta własnymi myślami i własnym trudnym dla niej położeniem.

Do porodu pierworodnego dziecka, policzyła, iż pozostało jej zaledwie kilka miesięcy. Dumała skąd i jak zdobędzie też potrzebną dla noworodka wyprawkę? Jak znaleźć sposób na bezduszne sądy?Pomysłu nie miała i nie miała natchnienia ani  koncepcji na pożyczkę czy chociażby na dobre rady od osoby życzliwej. Zastana rzeczywistość, przerażała. O ile sama kobieta ze zmaganiami niesprawiedliwego losu i sądów ludzkich rady sobie dawała, a także mozolne wiązanie przysłowiowego końca z końcem bywało niekiedy nawet znośne. Lecz niechybne wypuszczenie na bezduszny świat bezbronnej, niewinnej  istoty, paraliżował kobietę realnym przerażeniem.

-Muszę być silna. muszę dać sobie radę, Bóg mi pomoże-kobieta zaciskała swe spracowane pięści, niejako odgrażając się od potencjalnie szkodliwych mieszkańców świata.

-Dam radę. Jestem silna. Nie jestem sama -powtarzała jak mantrę.

Wraz z coraz widocznie powiększającym się obwodem brzucha Teresy, następowała tez jakaś przemiana, jakieś przeobrażenie nie tylko w ciele ale i w duszy kobiety.

-Nie pozwolimy się pokonać złym ludziom-kobiecy szloch przeszedł z szeptu do niemal perlistego śmiechu.

Tymczasem tuz zza tekturowymi drzwiami, co odgradzały kobietę i zapewniały jej intymność, tkwił niczym rzeźba teść Teresy z naręczem kosza pełnego nadgniłych jabłek. Uśmiechnął się zrazu szelmowsko i zakpił spojrzeniem gdyż rozpoznał podstępem wstydliwe sekrety synowej.

-Tereska tys chyba rozum, postradała bo do siebie gadasz- zakpił teść wyniośle, powodując tym razem w butę u synowej.

-Co mi wmawiasz choroby, sami żeście rozum postradali co mi takie zgniłki dajecie?-kobieta omiotła wzrokiem postać powinowatego i dodała.

-Sami się pożywcie czymś takim , mnie stać jeszcze na zdrowe jedzenie-pewność i siła emanująca z głosu kobiety, wprawiła w osłupienie teścia.

-Co takie cwane żeście się stały- starszy człowiek dokończył mowę, porzucając przyniesione owoce na progu, które niebawem w zetknięciu się z ziemią złośliwie potoczyły się we wszystkie strony niczym piłeczki dziecięce.

-Stary dziwoląg -rzekła kobieta, ubawiona własną brawurą i kosztując co bardziej dorodne jabłko.

-Uf, jakie zmarznięte i kwaśne, nawet na kompot się nie nadają. Potrzebne mi jego dary jak dziura w mostku -zaśmiała się kobieta, głaszcząc swój olbrzymi już brzuch.

XIX Rozdział.

Słońce zachodząc, czerwieniło szarawe gdzieniegdzie niebo. Teresa leżała prawie nieruchomo na swym łożu, wokół jej nogi uganiały się wierne psy i tłuste kocisko daremnie wypinało swe pręgowane jestestwo. Teresa walczyła ze sprzecznymi myślami co nawiedzały jej umysł gęstymi, mrocznymi i ociężałymi przewidywaniami. Obawiała się,że jej ponad czterdziestoletnie łono może wydać na świat jakąś chorą lub upośledzona istotę. Prawie już sen miała ,iż pochyla się nad niepełnosprawnym stworzeniem, ta myśl wwiercała się okrutnie w serce i powodowała niemal zwierzęcy strach przed niepewną przyszłością. Dzień za dniem dłużył się okrutnie i przeciągle tym razem nieprzewidywalnością jutra.

Strach zaglądał coraz realnie do jej serca i przynosił niepokój tak, że nawet modlitwy znikome dawały tymczasem schronienie. Tęskniła za słowami otuchy i nadziei, które zapamiętała tylko z lat wczesnych dziecinnych również niewinnych. Dodatkowego strachu przysparzało samo nie tylko poczęcie lecz przyniesienie bezbronnego człowieka w bezduszną otchłań niepewnego jutra. Z sama z siebie nie darzyła swego życia radosnym uczuciem, nie miłowała jego przebiegu. Bardziej znane jej było jedynie strach, niepokój i ból istnienia co z wiekiem jakby narastał, nie mijał.

-Żeby chociaż Tobie miłe było istnienie, by Ciebie pokochało to życie, co do mnie się nigdy nie uśmiechało -biadoliła szczerze jęcząc.

Gdzieś na oknie zamigotały blade promienia słońca, wyślizgując się przez okienna szybę, zdawały się dostarczać jakieś nikle ślady nadziei i sensu. Ich promyk ogrzewał i rozświetlał skromną izbę, w której mieszkała. Z radia dobywała się uroczysta msza święta, dostojnie odprawiona przez nabożnego duchownego i ona na nowo pokrzepiła duszę leżącej. Z oddali niosły się zwierzęce głosy, z melodii ich wycia zdawało się ,że cierpiały na niedobór pożywienia i braku należnego obycia. Kobieta zdjęta litością, zrazu postanowiła zająć się potrzebującymi. Dożywianie zwierzyny należało do jej ulubieńszych, uwielbiała potem spoglądać na wdzięczność wyzierającą się z matowych oczu nakarmionych. Cieszyły ją chwilę gdy cierpienia ni bólu nie odczuwała jak teraz i gdy bez wysiłku mogła się przechadzać wzdłuż obory.

Kobieta nagle usiadła zmęczona po wykonanym wysiłku na skrzypiącym, wygodnym stołku, otoczona niejako swym wiernym kokonem, kociętami co kilka tygodni wcześniej ujrzały świat boski. Spoglądała wzruszona na maleńkie istoty podobne do mysz, choć mizerne to wolę życia i przetrwania posiadały ogromną. Każde ze stworzeń, różnobarwne rodzeństwo podbiegało pod puszyste futro czarno-białej kotki i z niej czerpało pokarm by wzmocnić swe istnienie. Rozmarzona sielskim widokiem oglądała wnętrze swej skromnej izby; domagającej się napraw starej meblościanki, wytarty linoleum podłogowy, wyleniały żółtawy kolor szpecący ściany. Samotna żarówka zwisająca u smętnej powały, splamionej przez częste waletowanie nieproszonych owadów. Słabe promienie słońca daremnie ślizgały się po skurzonej szybie by przedostać się do zaciemnionego wnętrza izby. Wzdrygnęła się obskurnym widokiem, już mowę  w duchu szykowała swemu mężowi by raczył czas w domu poświecił na pilne czynności.  Gdy już gotowa wstawała do przedstawienia swej prośby, zauważyła jak z półmroku wąskim korytarzem w gumiakach oborowych obuty kroczy walecznie, myślą małżeńską wywołany człowiek.

-Tereska, z sądu przyszło znowu do Ciebie coś Ty za kryminalistka? Co na sumieniu masz?-biadolił Zbych wręczając żonie podarta kopertę, ze zbrudzonym, jakby oplutym pismem urzędowym.

Kobieta zbladła, oddychając płytko, drżąc z przestrachu rękoma i tchnięta złym przeczucie przyjęła mechanicznie podana korespondencję. Zbigniew odmaszerował zostawiając i gubiąc brudne ślady na podłodze

Zamarła. Zielonymi źrenicami w milczeniu przebiegła wzdłuż upiornie ciemnego druku i zrozumiała, iż ponownie ona Teresa Krowiak i Ambroży Fiks są wezwani tym razem do Sadu Okręgowego w Baranowie Górnym 20 czerwca 1995.

Oskarżycielem jest niezmiennie Mścisław Jaszczur, który to żąda ukarania  ją i jej wuja z artykułu, z nic nie mówiącego kodeksu. Zarzuty stawiane kobiecie i starszemu wujowi zostały wypisane niezrozumiałym językiem prawniczym. Sam sens stawienia się w sądzie w charakterze oskarżonych, zdawał się kobiecie boleśnie  jawić jako nikczemne i podłe przekleństwo. Kilkakrotnie przebiegała wzrokiem pismo, jeszcze kilkakrotnie wzdłuż i wrzesz oglądała wilgotne litery i nie wiele pojmowała z przeczytanych kilka rzędów obcych słów.

-Dwudziestego czerwca,dwudziestego czerwca powtórzyła to termin mojego rozwiązania- spojrzała z przestrachem na swój ciążowy brzuch i załkała.

-Kiedy ci ludzie dadzą mi spokój?Jak długo ta ich podłość będzie jeszcze mi uprzykrzać życie?-zapłakała. Naraz znów popatrzyła na swoje wypukłości ciążowe, poczuła niebawem wyraźnie potężny ruch, jakby zdrowy kopniak od nienarodzonego.

-To chyba na szczęście, zaśmiała się płacząc. Pomożesz mi?- pogładziła brzuch doznając chwilowej pociechy. Kobieta chwyciła za różaniec i łapczywie poczęła modły do Jezusa układać. Znała bowiem swą starą i mądrą prawdę, iż gorzko się zawiodła na ludziach. Jedyną opoką i ostoją w tak trudnym położeniu był zawsze słowa modlitwy.

Pamiętała słowa zmarłej matuli, gdy tamta tylko Jezusowi się zwierzała i zawsze odnajdywała pociechę, ratunek."Do Niego się zwracaj jak Ci źle, On na pewno Ci dobrze doradzi, On się nie narzuca, On Jest cichy i pokorny" Powtarzała zmarła matula. Teresa była przekonana, iż namacalnie w swym sercu usłyszała jakże dobrze znany jej głos. Uśmiechnęła się szczerze i zdrowo, koty już najedzone zasypiały a ona sama poczuła silę i chęć do pracy. Wrażenia doznała jakby odzyskała zdrowie na powrót, jakby młodsza się stała. Wzorowo zabrała się za porządki najpilniejsze, za szorowanie, układanie i zmywanie. Szybko już niebawem ciasto do prodiża układała .Dom wkrótce pachniał i lśnił wzorowym porządkiem. Bigos już szykowała. Aromaty znamienite powstawały i przyjemnie rozpraszając się po wnętrzu pysznie zapraszały. Ambroży wcześniej niż zazwyczaj szybciej powrócił z trasy milczący i śmiał się w głos z tylko sobie wiadomych przyczyn. Teresa zręcznie pracowała, jakby napędzana nadprzyrodzoną siła. Zignorowała starego, który powodowany instynktem przetrwania chwycił za płytki talerz, i począł chochlami czerpać z garnka jeszcze surowy bigos.

-Co tam dawaj głód nie wybiera-począł wymawiać kosztując gorącą jeszcze breję.

Kobieta nie chętnie popatrzyła na gasnący płomień przy kuchni i wuja zachłannie zaspakajającego wilczy swój apetyt. Potrzebowała pilnie drzewa do kuchni by obiad nadal się gotował i by ciepło w izbie panowało niezmącone .Spojrzała ukradkiem za okno, zadziwił ja widok potężnej mgły, coraz bardziej gęstniejącej. Nieulękła, chwyciła swej puchowej kurtki, która już nie zdołała otulić ciężarnych kształtów kobiety. Obuła wiejskie gumiaki i wyposażona w olbrzymi kosz pomknęła do lasu. Droga na moczarach była ledwo ubitym, rzadko uczęszczanym traktem przez ponury, wilgotny las, z wieczną lepką mgłą ścielącą się tuz przy ziemi. Mgła tłumiła odgłosy, dlatego las wydawał się cichy, jakby wymarły. Chwyciła porzuconej w pobliżu siekiery i bez opamiętania rozpoczęła męską walkę z uschniętymi i niedbale porzuconymi konarami starej jabłoni. Zamaszyście napierała na runo i szybkimi zwięzłymi ruchami zdobywała dla siebie potrzebny chrust. Gdy już kosz napełniła zgrabnymi szczypkami na opał, wtem w oddali zamajaczyła kobiecie upiorna postać, która w miarę wykonywanego przez ciężarną wysiłku zdawała się zbliżać. Teresa wzdrygnęła się, obawiając się zamroczenia własnego umysłu spowodowanego odmiennym własnym stanem i oddziaływaniem leśnego miejsca o zmroku, porzuciła trzymany toporek, nie oglądając się wcale za siebie. W głowie uczuła dziwne pulsowanie i gorycz w żołądku, na skutek przerażenia, gnała taszcząc w ręku wypełniony i nie ciążący wcale kosz.

-Jaszczurowa tam była co robiła? Przecież ona nie żyje... Jezu - myślała na głos znajdując się już w pobliżu swego domu. Ciężko sapiąc z popełnionego biegu czuła złowrogie spojrzenia dobywające się ze strony chałupy owdowiałego Jaszczurów. Nie oglądając się za siebie, mocniej jeszcze dysząc dopadła swego bezpiecznego schronienia w swej cieplej izbie. Zastany widok wcale jej nie zadziwił lecz bardziej rozweselił. Na pościeli spał w najlepsze stary wuj z otwartą szczęką, którą komicznie poruszał jakby śnił o znakomitej gdzieś uczcie. Kuchenka kaflowa przestałą już dostarczać ciepło, bo płomień zdołał w niej wygasnąć. Gar pełen kapusty pyrkał jeszcze gniewem jakby domagał się dokończenia przyrządzania w niej potrawy. Kociska przytulone do kafli kuchennych sapały zdrowym snem. Z ich urodziwych gęstych umaszczeń parował szkaradny odór strawienia wyjedzonych z gara surowych zapewne części boczku. Kobieta doprawił gasnący płomień. Całą swa nagromadzoną złość wygarnęła w małe kocięta. Starego zbudziła krzykiem.

-Wystarczy,że na chwilę wyjdę a tu syf jakiś-krzyczała.

-Wstawaj do roboty!-kobieta tracił cierpliwość.

-Co chcesz? sama se rób a nie tylko z tym brzuchem paradujesz?-stary zasyczał złośliwie, przeciągle ziewając.

-O nie, sami się do roboty weźcie, ja ledwo już żyję ze zmęczenia-kobieta wymieniła jeszcze zagniewane spojrzenia ze starym i w milczeniu i samotnie dokończyła swe domowe prace.

XX Rozdział.

Wiosna niezdarnie, wolno wkraczała na ziemię, jakby za słaba i bezbronna była z wciąż utrzymanymi jeszcze mrozami. Śnieg jeszcze zdobił pola i lasy barwami czystej bieli, igrającymi niekiedy srebrem. Tylko widoki urokliwej zimy czyniły porę wiosenna w miarę znośną, godna przeczekania. W kalendarzu liturgicznym Post Wielki nastąpił, Teresa upajała się nabożnym świętowaniem. Cieszyły ją nawet postne dania, które przyrządzała z wprawą i smakowicie. Jedynie stary wuj a bardziej jeszcze mąż Krowiak żalił się napotkanym znajomym  na "mierne porcje, takie sroce na ogon powinny być podawane", lubił powtarzać przekornie swe stałe zażalenia o nic nie pytany.

Gdy nabożeństwo "Gorzkich Żali"rozpocząć się miało kobieta starannie się szykowała, dusze swa czystą chciała nabożnie przygotować do uroczystych śpiewów. Do Kościoła szła pieszo, bowiem rower okazał się nie przydatny o tej porze roku i mało trafiony dla niewiasty w zaawansowanym stanie błogosławieństwa. Parła szybko, oglądając oszronione, gole drzewa, wyłaniające się domy spod zimowego krajobrazu. Chłód, rozsiewany przez wiatr, wbijał mroźne igły tysiącami ukłuć w skromnie ubraną postać Teresy. Przybyła przed czasem lecz dostrzegła  świątynie wypełnioną wiernymi po brzegi. Brakowało wolnego miejsca. Kobieta rzucała spojrzenia na szczelnie wypchane ludźmi ławki. Wreszcie znalazła wolne miejsce wokół kobiety z kilkoma dziećmi na ręku z których każde miało w sobie rodzaj widocznego kalectwa i przedstawiało ubytki zdrowotne. Teresa Krowiak z duszą na ramieniu usiadła w pobliżu kobiety z chorymi dziećmi i zanurzyła się w odbywającą się już nabożeństwo. Śpiewała głośno i żywo uczestniczyła w modlitwach. Czas spędzony w Kościele za szybko dobiegł kobiecie końca, chciała jeszcze pozostać, wznieść swą duszę kornie do Boga. Poczuła się jakoś lekko, przyjemnie prawie szczęśliwa. Gdy już światło słoneczne z zewnątrz powoli wpełzało do nawy kościoła, rozświetlając pustoszejące pomieszczenie. Kobieta niechętnie poderwała się do wyjścia. Zyskany spokój ciężarnej zmącić nieopatrznie chciała kobieta z chorymi dziećmi.

-Hej Teresa jesteś już po czterdziestce co?-zagadnęła kobieta, imieniem Wanda, która z trudem dźwigała raz na grzbiecie, znów na wózku inwalidzkim upychała trójkę swych  małych dzieci.

-Tak mam skończone czterdzieści trzy i co z tego-rzuciła w przestrzeń, unikając spojrzenia w  kalekie dzieci zagadniętej.

-Wiesz po czterdziestce rodzą się raczej chore dzieci. Popatrz ja mam prawie pięćdziesiątkę i te dziecięta rok po roku rodziłam jak byłam właśnie taka prawie stara jak ty-Wanda walecznie wygłaszała swe słowa, starannie wymawiając swe wypowiedzi jakby czerpiąc korzyść z uprzykrzania trudnego położenia ciężarnej.

-Ale chyba nie żałujesz,że masz dzieci. To dar od Boga-rzekła ciężarna, starannie mijając kobietę z dziećmi.

-Wiesz Tereska gdybym ja wiedziała co mnie czeka, nie zachodziłabym w ciąże nigdy, a już na pewno nie po czterdziestce-krzyknęła prawie z żalu matka chorych dzieci, usiłując dobiec do oddalającej się  postaci.

-A ja przyjmę co Bóg mi da. Choć wiesz powiem Ci coś-w ciężarną jakby siła potężna wstąpiła, głos prawie wibrował.

-Co, co -chore dzieci próbowały daremnie poskładać słowa, patrząc się w przestrzeń zimową  i w rozgorączkowaną ich matkę.

-Moje dziecko urodzi się zdrowe i najmądrzejsze, ja to wiem i Bóg to wie-głos ciężarnej niemal drżał i nosił się echem, w siną  dal. Kobieta ubodzona uwagami, rozstała się szybko  z cierpiąca matką i niecierpliwą gromadką małych, gnała przed siebie śpiewając w swej duszy jeszcze brzęczące echem postne nabożne pieśni.

Prawie biegła niesiona mocą jakby natchnioną, głowę miała wysoko podniesioną, czuła przedziwną i niewytłumaczalną  siłę. Zdawało się jej ,że skłonna by była biec jeszcze długo, nie odczuwając zmęczenia wcale. Za sobą słyszała natrętne trąbienia przejeżdżających, ciekawskie spojrzenia podróżujących dłużej się zatrzymywały i mierzyły skromną posturę ciężarnej, Teresa nie skłonna była do rozmów, jedynie skinieniem głowy reagowała na słowa pytające.

Kroczyła dumna i nieulękła. Jej odznaczająca się ciążą postać mknęła majestatycznie, kolorowo. Wśród mijanych, oszronionych zimą, roślin, krzewów, wśród długich topól, postać kobiety wyraźnie paradowała niczym wyjrzenie pierwszego przebiśniegu, pierwszego zwiastuna wiosny. Śpiewem kroczyła, jej zwrotki przypominały zawołania jaskółcze. Niebawem aura jakby wzruszona samotną pielgrzymką brzemiennej pędzącą z pieśnią na ustach i może prędzej jej niedolą, wkrótce też nastała najjaśniejsza wiosna.

Po dniach kilku śnieg słusznie się roztopił, odsłaniając, pyszną ,jaskrawo zieloną , bujną zieleń. Skowronki,świergotki, strzyżyki i kosy  coraz wcześniej wstały,  jakby nie mogły się doczekać poranka. Ptaki wygrywały wymyślne melodie po mistrzowsku tak by dusza Teresa mogła więcej zachwytu doznać. Dnia tego wizyta kontrolna u ginekologa była dla nie przewidziana, bez chwili zwłoki poderwała się szybko. Naszykował się schludnie i godny wygląd prezentowała. Po swych pracach domowych ruszyła czym prędzej pieszo. Tym razem dzień powszechni panował, czas był akurat pracowity, toteż ruch uliczny był nader skromny, wyludniony. Radowało to wielce kobietę, bo zamiaru do zwierzeń nie czuła, nie znosiła ludzkiej ciekawości, stroniła najbardziej od zbędnej sensacji. Dotarła przed czasem, lecz zdziwiła kobietę olbrzymia ilość ludzi stłoczonej w ciasnej i dusznej przychodni. Spoglądając głęboko osadzonymi zielonymi źrenicami na olbrzymią kolejkę pacjentów, chciała zbiec niezauważenie, gdy naraz usłyszała grzeczny głos innej ciężarnej, nawołujący by spoczęła na zwolnionym miejscu. Ociężale usiadła, grzecznym ukłonem podziękowała pacjentce ludzki gest. Zatopiła się w  swych myślach, czuła jakiś przemożny niepokój, który daremnie usiłowała zbyć szeptanymi modlitwami i wymuszoną grzecznością wobec siedzącej obok. Czas przesiadywania wydłużał się aż po wczesny wieczór, kolejka z wolna topniała. Tylko głód z brzucha ciężarnej mocno dawał o sobie znać. Po niejakim wiecznym trwaniu na swa kolej, nareszcie i Teresa przystąpiła do badań. W gabinecie znajdował się starawy, mocno brodaty ginekolog. Głos jego brzmiał tak jakby każdego rozmówcę przedrzeźniał, broda nie wygolona arogancko podskakiwał przy rozmowie.

-Który to tydzień?-zapytał.

-Trzydziesty-odparła pacjentka.

-A Wy ile macie lat?-dociekał lekarz.

-Tam jest napisane, no mama czterdzieści trzy skończone-rzekła zawstydzona.

-O ludzie, w tym wieku to się już wnuki dogląda a nie rodzi własne-stwierdził z sarkazmem.

-A mi się przytrafiło i jestem z tego dumna-dodała brzemienna.

Medyk począł się cieszyć tak komicznie iż przywodził na myśl ośli okrzyk. Zaraz zatem zaordynował badanie. Kobieta czuła przykry ucisk i wulgarne syknięcia doktora. Szczypania i utykania badającego połączone były   kiwaniem siwiejącego łba badającego.

Kobieta przymknęła powieki, myślami i wyobraźnią odpłynęła do swych zwierząt bo nagle proces badania skojarzył się kobiecie z wizytą weterynarza u niej w oborze. Dumała, iż pozbawiony delikatności i empatii doktor bardziej by się nadawał na weterynarza. Ta myśl an chwilę poniekąd nawet znieczuliła obolałe miejsca.

-Trzeba to usunąć bo albo umrze to dziecko albo pani -wydarł się autorytarnie medyk, wprawiając w ostry gniew badaną.

-Słucham konowale, czy żeś Ty z byka spadł czy co?-ugodzona kobieta tymczasem kipiała złością.

-Nie pozwolę nikogo ci zabić. Dziecko będzie zdrowe i mądre- ciężarna poderwała się na równe nogi. Szybko doprowadzając swój strój do ładu, wybiegła. Widząc oczekujące jeszcze nieliczne pacjentki.

-Kobiety uciekajcie to jakiś buc rzeźnik a nie lekarz!-kobieta aż dławiła się złością.

Tuz za plecami tymczasem spoglądał zgorszony lekarz, omiótł kaprawym wzrokiem oczekujące i wygarnął.

-Nie pozwolę na pomówienia -groził medyk.

Teresa wybiegła na zapadający już zmierzch i szepcząc słowa modlitwy, oddalała się od miejsca, w którym przeczekała swój cały niemal boski przedwiosenny dzień. Żałowała swego zmarnotrawionego czasu. W duchu swym przysięgała i zaklinała przenigdy więcej już nie nawiedzać podobnego przybytku.

-Pan Bóg jest najlepszym lekarzem-powtarzała z mocą.

Chłód nocy spowijał sennie wszelkie kontury mijanych drzew i zarośli. W mijanych domach ogrzewało się ciepło kominkowe lub świeciły już jaskrawe światła widziane  oknach. W sercu kobiety rosła jakaś tęsknota, jakieś nieokreślone pragnienie. Bolesny brak niewiasta odczuwała, żywej istoty wyczekiwała co by tęskniła na jej codzienny powrót, co by radowała jej bolesne na świecie istnienie. Księżyc srebrzył się pełnią na ciemnym już jak atrament nieboskłonie. Kobieta po starannym obchodzie swej wiernej,  we śnie pogrążonej wybranej zwierzyny, naszykowała jadła głodującym. sama na sam koniec nawarzyła dla siebie kaszy. Słyszała już w oddali zaspane, miarowe chrapania Ambrożego. Niebawem i ona sama poczuła udręczenie ciężkim dniem, zatem położyła się samotnie na swym niezasłanym od poranka tapczanie. Sen wcale nie nadchodził, zasłyszane słowa gdzieś majaczyły się w umyśle, to wpełzały do duszy, dusząc swym ostrzeżeniem. Długo walczyła by objęcia Morfeusza także i ją utuliły lecz daremne to były życzenia. Umęczona oczekiwaniem na odpoczynek, nareszcie płytko przysnęła nad ranem i wtedy to śnił  koszmar w najczystszej poświacie. We śnie widziała najwyraźniej siebie rodząca przedwcześnie, w oddalonym gdzieś bezdusznym przyszpitalnym przybytku. Widziała przemieszczających się bez otuchy lekarzy, bez uczucia sympatii moszczące się położne i te wielkie twarze wykrzywione gniewem. Po boleśnie obcym, jej doznaniu nastąpił poród. Stara, bez urody położna o wyglądzie zmarłej Jaszczurowej, kleszczowo wydobywała siłą z dróg rodnych upośledzone dziecko. Dziecko krzyczało, wrzeszczało a jego przejmujący głos wbijał się tempo w skronie rodzącej. Realność snu rychło przebudziła śniąca koszmar. Wtem i ona sama wydała okrzyk podobny do zasłyszanego. spojrzała z przestrachem wokół siebie. Mrok za oknami nadal spowijał ziemię. Z ulgą, odetchnęła, zamarłą, dotykając swe wypukłości. Jeszcze nie teraz, to tylko sen. Pocieszała siebie niestrudzenie.  Aż do świtu nie zdołała oczu zmrużyć. Prawdopodobieństwo zdarzenia, mocna uwierała i strach wzmagała straszliwy.

-O Jezu, Jezu tylko nie to. Pomóż mi!-powtarzała.

W drzwiach izby zobaczyła Ambrożego, zadziwionego jej zachowaniem.

-Tereska co Ci jest. dzwonić po lekarza czy jak?-zafrasował się wuj.

-Nie, nie. Zostaw. Porób jeno w stajni. Ja tylko krówkę zaraz podoję to nam śniadanie przyrządzę-mówiła żałośnie, płaczliwie jak dziecko.

-To już obrobione. ja żem wszystko porobił. Gotowe jest -pochwalił się stary, sapiąc i dysząc znienacka znacząco, naśladując wysiłek.

-Bóg zapłać. a gdzie Zbyszek?-zapytała.

-Nie wiem pojechał gdzieś autobusem,gadał,że do pracy-stary dodał bez przekonania.

Teresa niebawem dokończyła niedbale wykonane wcześniej przydomowe prace przez jej męża, wkrótce i jej koszmar senny po cichu rozpłynął się po wiosennym powietrzu.

Kobieta choć ubóstwiała swe zaangażowanie w każdą nawet najmniej widoczną czynność. Zapłatę zazwyczaj stanowiła sama czysta satysfakcja, albowiem prace rolnicze nie przynosiły jej nigdy innego wynagrodzenia. Nie czuła żalu, jej duszę nie nękała wcale żadna zazdrość czy gniew z powodu swego położenia. Niekiedy we znaki dawał się jej ból egzystencjalny, najbardziej urągała jej czystej duszy ludzka podłość i zawiść. Te zwyrodniałe cechy nie powinny przenigdy zjednywać usprawiedliwienia w jej mniemaniu.

U kresu zaplanowanej, sezonowej harówki polnej aż do późnego wieczora się przeciągającej nierzadko spoglądała w gwiazdy diamentem błyszczące na firmamencie nieba. Nie odczuwała wtedy niczego bardziej znaczącego poza zachwytem. Gdy  kobieta ubóstwiała nieboskłon, jarzącymi promieniami jakby cyrkoniami upstrzonymi z  gwiazd, jej dusze zalała fala mistycznej jedności ze Stwórcą. Zapomniała o bólu trapiącym jej ciężarne jestestwo, odczuwane wcześniej przeciążenie kręgów lędźwiowych jakby rozpłynęło się, odeszło przyciągane przez rozpościerające się majestatem niebo. Ucieszyła się,że gdzieś z tyłu za plecami na olbrzymim stajaniu dane jej było posiać warzywa na dzikich zagonach. Kapusta, cebula,seler, marchew, buraki zostały mocno jej dłońmi zapłodnione w czarnoziemy podkarpackie. Duma rozsadzała rolnicze nabrzmiałe pracą sumienie. Jeszcze rachowała o następnych, kolejnych sadzeniach, w bezwietrzny uspokojony dzień. Gdy już powracała do kącika swego na zasłużony odpoczynek, gdzieś w oddali usłyszała nieprzychylne wrzaski, porywiste i narastające zawiścią, pretensjami w miarę nasłuchiwania. W rytm dających się ciężarnej rozpoznać skrzeczących odgłosów, ujadały i naszczekiwały psy żałośnie, jakby chciały zagłuszyć sąsiedzką awanturę. Kobita zamarła.

-Ty stary, obłąkany capie, czegoś łaził po moim stajaniu? Twoje buciory zniszczyły mi sadzonki i ziemię- Jaszczur wydzierał się gniewem a echo nocne niosło nienawiść po rozległe pola.

-Nigdzie nie łaziłem,żem Teresce pomagał, bo ona chora i gruba jest-zawodził wuj.

-Ona tak sama nienormalna jak Ty, wynosić się z mojej ziemi-warczał Jaszczur tak zawistnie  jakby jego wymowa zamieniła się w psie ujadanie.

Kobieta oglądała kontury złowrogo, wymachującego widłami sąsiada i kulącego się przestrachem starego wuja, którego tylko Opatrzność wyłącznie chroniła przed razami otyłego bandyty.

-Ambroż odsuń się, uciekaj od tego diabła-przekrzykiwała  wrzaski Teresa.

-Zostaw starego, poczciwego człowieka ty diable wcielony bo w piekle się będziesz smażył na wieki, słyszysz? -głos kobiety choć na ogół słaby tym razem zdawał się mocny, wyraźny i donoszący. Awanturę słyszeli inni pracujący w pobliżu domostw i powracający z pól rolnicy. Wszyscy brawo chcieli bić odważnej kobiecie, lecz oni widocznie powodowani grozą sytuacji czym prędzej poukrywali się swych bezpiecznych zagrodach. Ambroży ciężko sapiąc, wywracając pokonanymi przez bielmo źrenicami, on także zdołał się ukryć na swej cieplej pościeli, usiadł ociężale, mrucząc zażalenia i potrząsając swym orlim nosem.

XXI Rozdział.

Teresa zbudziła się z głębokiego, uzdrawiającego snu wyjątkowo wypoczęta, wyspana. Z zadowolenia ziewnęła na głos, przeciągle. Już wiedziona przymusem podrywała się do czekających ją obowiązków, wtem jej twarz rozjaśnił uśmiech błogi nawet serdeczny. Wydarzenia zeszłego dnia nabrały jakby komizmu w świetle wczesnego poranka. Nie czuła w sercu już ni żalu, ni smutku. Wystąpiła w niej jakaś nadzieja. Rozmyślała o śnie kolorowym ; prześlicznych pyzatych dzieciach w obłokach jakby tańczących, zewsząd ją otaczających.

Ktoś mocno przybliżając się z oddali miarowo postukiwał jakby przebierał obcasami z obuwia, nerwowo i prędko.

-Tereska, muszę ci coś powiedzieć to ważne -głos nabrzmiały strachem obuty niepokojem należał to rodzonej siostry, Eli.

-Co Ci jest zapytała? Ty też w ciąży?-zażartowała leżąca.

-Nie kpij coś ważnego powinnam ci powiedzieć-kobieta urwała nagle i chwilę się zadumała, przysiadła tuz przy leżącej  i żachnęła się po chwili gdy milczenie zdawało się boleć

-Nie powinnaś do kościoła chodzić tak często bo...-Elka zamilkła w przeszukiwaniu najwłaściwszych określeń.

-Co co znowu?-ciężarna wyraziła zdenerwowanie.

-Ludzie wzięli Cię na języki. gadają, że z księdzem masz to dziecko? Pytają się mnie jak to możliwe ze ona w ciąży?-siostra wyrzuciła ciężkie słowa jakby były pociskami z armaty.

-Co za bluźnierstwo. Przecież ksiądz nasz jest święty on by nie tchnął nikogo. La boga- Teresa dotknęła palcami swą tęgą głowę, w której pulsował już migrenowy ból.

-Daj spokój Elka jak możesz mi to mówić, przecież mam męża Zbyszka- głos Teresy drżał.

-Ale jego nigdy nie ma a Ty ciągle do kościoła chodzisz i ludzie plotkują-rodzona siostra się poddała i nagle podskoczyła jak uderzona.

-Wiesz coś jeszcze muszę Ci powiedzieć no- Krewna jakby jeszcze bardziej zbladła.

-No coś ducha widziała?-Teresa poczuła się zmęczona rozmową. Głośno zniecierpliwiona, ostentacyjnie wypuściła cierpkie powietrze.

-Pamiętasz ten kościołek? Byłyśmy tam jak myśmy zabłądziły. No wiesz jak żeśmy ze szpitala wracały tego ósmego grudnia-kobieta ostrożnie spojrzała na ciężarną i jakby ważąc słowa dodała.

-Tego kościoła nie ma już od czasów II wojny-dodała rodzona siostra.

-Co Ty pleciesz?-zdenerwowała się gospodyni.

-Wiem,że to głupio brzmi ale to prawda-dodała.

-Ale jak to? śniło Ci się coś chyba?

-Nie! posłuchaj mnie. Byłam tam autem jeszcze ze dwa razy- Elżbieta zaczerpnęła powietrza bo widocznie zabrakło jej tchu.

-Co ty mówisz?-Teresa dźwignęła swe jestestwo i gestem zaprowadziła siostrę do kuchni. W milczeniu naszykowała im obu wczorajszego mleka.

-Zapytałam się miejscowych. Byłam u dyrektora pobliskiej szkoły i pytałam mieszkańców i oni mi mówili że był w tej wsi pożar od bomb nieprzyjaciela w 44 roku i żywcem spłonął kościółek gotycki, ten śliczny i tylko ocalała malutka figurka Matki Boskiej to cud mówili-młodsza siostra prawie zapłakała powodowana wzruszeniem,

- O Jezu! Wygląda na to żeśmy się modliły w spalonym od pięćdziesięciu lat Kościele-Teresa aż zapiszczała nie dowierzając.

-Na to wygląda. I ksiądz z parafii obok pokazał mi nawet tę ocalałą figurkę. Jest ona ukryta w nawie kościelnej murowanego, nowego Kościoła -dodała zaaferowana.

-Dobra. A tamten ksiądz i ten kościelny, dziwny co nas przywiózł to kto był?

-To chyba duchy. Nikt ich nie kojarzy. Pytałam nawet starszych ludzi i oni tez nie wiedzą. Dziwne co?

-Elu!. Jedźmy tam jeszcze raz. Tak tam jakoś pięknie, upiornie jakoś było.

-Ty nie możesz w takim stanie, jeszcze urodzisz. Byłam tam  z córkami i z wójtem i oni to samo powiedzą. Coś na rzeczy jest-zamyśliła się.

-Jezu jakie dziwy się zdarzają? -Teresa kręciła głowa, śmiejąc się z zakłopotania.

Tymczasem stary wuj, który już wracał ze stajni z pustym lecz brudnym wiadrem, omiótł spojrzeniem siedzące kobiety, mrużąc swe starcze oczy, zawołał.

-A chodzi Wam o ten kościółek z Kozłowa Dolnego?Pamiętam to-dodał stary pyszniąc się własną wiedza.

-Opowiedz!-kobiety krzyknęły niemal jednocześnie.

Z trzaskiem odrzucił wiadro. Siorbnął zakatarzonym nosem i usiadł na wolnym stołku.

-To było Ósmego grudnia, trwała II wojna, nie pamiętam którego dokładnie to było roku. Trwało nabożeństwo ku czci Matko Boskiej Niepokalanej chyba. Ludzi było mnóstwo wtedy i w tym momencie spadła bomba na kościółek. Niektórzy zbiegli a niektórzy zginęli. Proboszcz i kościelny aż się zwęglili wtedy, uff-dodał stary naśladując grozę. Kobiety słuchały krewnego w  milczeniu. Stary ciągnął swa opowieść dalej.

-Moja matula mi to opowiadała jak żyła, że tam wtedy też byli jej znajomi i przyjaciele i wielu  z nich zginęło od bomby-wuj poczuł się ważny z powodu posiadanej tajemnej wiedzy i zapadłego milczenia.

-Słyszałem że to miejsce jest nawiedzone jakieś. Byłem tam kiedyś z matulą saniami zaprzężonymi w gniadego,  w latach sześćdziesiątych ósmego grudnia i my też widzieli wtedy jakiś kościółek, ale już był jakiś urojony chyba. Jakieś zjawy tam chodziły albo latali a myśmy się przestraszyli i uciekli. A koń nasz stał jak wryty i nie chciał wtedy jechać z powrotem, uff-stary upajał się każdym swym wymówionym słowem. Kobiety wtulone w siebie siedziały zamroczone, każda była pogrążona we własnych pobożnych myślach. Mleko w garnuszkach stało tak samo, nieruchome, nietchnięte.

-Wójt też mi powiedział, że wielu ludzi właśnie widziało i dalej widzi takie cuda niemożliwe  w ten właśnie dzień-Ela odparła podniośle, przeciągle nie budząc tym razem wcale zdziwienia. Krewne w milczeniu dopiły duszkiem zsiadłe mleko i niebawem pożegnały się tylko  skinięciem. Ciężarną zrazu trawiły jakie mdłości, strach i niepokój wtargnął do jej serca i gniótł niepewnością, gorzkim posmakiem wspomnień. Dla dobrego samopoczucia ignorowała treść zasłyszanych rozmów, z trudem wypędzała niezdrowe zaciekawienie naukami jej nieznanymi, niepojętymi jakby zmyślonymi. Ambroży w milczeniu strugał nagryzione przez myszy kartofle. Teresa za porządki się brała, lecz niedbale je kończyła bo skurcz w jej łonie niewiadomego pochodzenia się pojawiał to znikał znienacka.

-Żeby już było po wszystkim, niech się już dzieje wola nieba -wołała często dla dodania sobie otuchy. Tymczasem ostre promienie słońca,kalendarzowej wiosny, mieniąc się kolorami tęczy usilnie próbowały przedostać się akurat do tej izby w której to Teresa rozmyślała.

XXII Rozdział.

Wiosna rozkwitała intensywnością barw, kolorem słońca. Zieleń nasycona urodą kwiatów pyszniła oczy, radowała dusze. Teresa tymczasem wygląd miała coraz bardziej ociężały, strój żaden nie chciał dopasowywać się do jej zmienionej postury. Mnóstwo czasu i zachodu kosztowało ciężarną zdobyć dla siebie choćby ubiór zdolny schludnie otulić ją samą. Patrzała na siebie przemienioną, już otyłą a jednak dumną ze swego brzemienia .Gdzieś z oddali usłyszała turkot zbliżającej się pracy silnika traktowa. W tle słychać było glosy;donośne i gwarne.

-Przyjechał Mietek mąż Elki -pomyślała. W odpowiedzi niemal natychmiast do jej uszu docierały męskie gwarowe wypowiedzi połączone z psim ujadaniem.

-Tereska rusz się robota przyjechała- wołał wuj, stukając nerwowo w niedomknięte okno kuchenne.

-Idę już idę -odparł przeciągle.

Posłusznie udała się do suteryny stamtąd wytoczyła olbrzymi kosz, zaraz potem przystanęła przy drabiniastym wozie przymocowanym do traktora, który dysząc, zgłaszał gotowość do pracy. Wuj wraz z Mietkiem wyrzucali gwarne słowa i przerzucali wory pełne kartofli na rosnące stertę przystawionego wozu. Kobieta co rusz odskakiwała od towarzystwa ukradkiem, bo lecący z worów pyl drażnił najbardziej jej gardziel i płuca. Obserwowała brzozy co zieleniły się paradnie, gotowe do lata, spojrzała ku górze i tam dostrzegła niebo zasnute ołowianymi chmurami.

-Chłopy szybciej z tym worami bo deszcz nie będzie czekał-zaalarmowała robotników.

-A co boi się, że się stopi od deszczu? Tereska z cukru jesteś?-szydził Mietek.

-Ona teraz delikatna jak porcelana bo ponoć będzie miała małego Jezuska-kpił stary wuj, ukazując co rusz braki w uzębieniu.

-To już ostatni wór-zasapał ochryple Mietek niosąc chudy ostatni ciężar.

-No już jedziemy bo nie posadzimy do zimy-wolała ciężarna, tracąc cierpliwość.

Traktor z wrzaskiem wytoczył się ku górze wlokąc za sobą napełnioną kartoflami przyczepę. Tuz za wozem podrygiwały pordzewiały sprzęty rolnicze, widocznie niezbędne do pracy przy sadzeniu. Rolnik prowadząc z impetem swój pojazd wzdłuż wiejskich zarośli obserwował wyłaniające się strachy na wróble, stojące szpetnie w przypadkowych odległościach. Dziwacznie poprzebierane widziadła, przywodziły na myśl potępione dusze przyodziane w szkaradne łachmany. Upiorne strachy swym szpetnym wyglądem, jakby domagały się choćby modlitwy a już na pewno pobożnego przeżegnania się w Imię Ojca. Toteż rolnicy krocząc między miedzami odruchowo zamarli,każdy z nich gorliwie przeżegnał się, pierwszy był szwagier, zaraz potem wuj, najgorliwiej odżegnała złe moce ciężarna. Religijne nawyki przyniosły skuteczną ochroną, praca szła żwawo, robotnicy nie odczuwali zmęczenia. Biegli ramię w ramie, podrzucając w równych odstępach do ziemi maleńkie jak orzechy kartofelki. Maszyna zrazu zasypywała sadzonki, uwijając dla warzyw bezpieczny kopczyk. Teresa upajała się widokiem wypuszczanych w  glebę maleńkich kartofli. Proces dorastania i rozmnażania warzyw zdawał się pracującej, mieć wiele wspólnego z grzebaniem zmarłego, który pochowany wzrastał do Nowego Prawdziwego Życia Wiecznego. Praca cieszyła pracujących,ich zgrane ruchy zdawały się jakby przystosowane do sadzenia. Nikt nie biadolił, nikt się nie skarżył z powodu wysiłku.

-Żeby tak dobrze też szlo z kopaniem ziemniaków to by był dopiero raj- wyrzekła Teresa, rozglądając się po brunatnej ziemi.

-No nawet nie wspominaj- żachnął się wuj.

-A co się działo przy kopaniu?-Mietek wyłączył buczący silnik i nastawił ucha zaciekawiony.

-Samotnie żem ryckał tę ziemię motyką, Tereska do szpitala poszła, ledwo byłem potem żywy-zasępił się stary, wydmuchując na głos swój orli nos kawałkiem onucki.

-O ludzie świeci, to żeś się chłopie o mordował na amen-Mietek z uznaniem pokiwał swą siwiejąca głową.

-I do tego ten sąsiad Jaszczur chciał mnie otruć, przynosił mi jakieś cuchnące breje, co żem to wyrzucił w pacyny i gdy następnego dnia tu żem przyszedł to zobaczyłem psa znajdę to on leżał tu martwy. Piany mu z pyska szły, jak nic zatruł się tym świństwem-głos Ambrożego w miarę wygłaszania swych wspomnień zdawał się być nasycony emocjami i gniewem. Po wysłuchaniu wygłoszonych z żalu  treści Teresa wraz z Mietkiem przeżegnała się pobożnie, zachowując paraliżujące milczenie.

-Nic już nie mów bo wywołasz tego diabla sąsiada, a tak nam się tu dobrze robi-kobieta z trwogą wyrzekła swą mowę i udała się do wozu w poszukiwaniu jadła.

-Panowie odpoczynek. Ela nam tu bezpiecznie ukryła soki malinowe w butelkach i jeszcze nasmażyła nam naleśników. Kobieta anioł-Teresa powodowana wzruszeniem rozdała pracującym, każdemu po równo naszykowane paczuszki.

-No tak moja żona robotna jest, smaży ona dopiero najlepiej-Mietek zachłannie przystąpił do konsumpcji własnej porcji.

-Jedz, że nie strujesz się, o czym tak myślisz? upomniała Teresa krewnego, przyłapanego na rozmyślaniu.

-Brzozy podziwiam-odrzekł i zaraz potem przystąpił do obżarstwa.

-Coś tam mi się widzi, że jakiś cień tu się zakrada .O tam za tym krzewem -Ambroży wskazał serdecznym palcem, zagajnik mocno zapuszczony zielskiem, przylegający do pokrzyw i niemal stykający się z obskurnym gankiem Mścisława..

-Gdzie?-zaciekawił się mąż Eli.

-Ja też tam czasem coś jakby widuje, to chyba duch tej powieszonej Jaszczurowej tu straszy-odparła poważnie Teresa kończąc smaczny posiłek. Zapadło głuche milczenie, lęk rozniósł się równo po wyoranej glebie i doszedł do lasu. Stamtąd wrócił spotęgowany, niemożliwie narwany. Drzewa szumiały na głos, wyrzucając dopiero co wykwitłe wiosną liście.

-Jeszcze zostało nam ćwierć ara, dokończmy robotę i wracajmy do domu-zaordynowała Teresa, przestraszonym chłopom.

-Dobra uwijajmy się, bośmy chyba jakieś licho obudzili-wyjąkał Mietek, kurcząc śmiesznie swój krzywy nos.

Kilka chwil potem jak tylko rolnicy zakończyli sadzenie kartofli, jak tylko ciężarna zdążyła ułożyć puste worki na przyczepie, nastąpił potężny grzmot, niespodziewany i bez wcześniejszej zapowiedzi, bez choćby małego łańcucha okalającego ogniem zasnute chmurami nieba.

Robotnicy spojrzeli w milczeniu po sobie, niezdolni do rozmów, obronnym odruchem Teresa i wuj wtargnęli na przyczepę. Mieczysław wskoczył do swego ciągnika rolniczego i błyskawicznie mknął w kierunku domu krewnych. Za sobą zostawiał ślady ciężkich kół w trawie, w przypływie jakiegoś zabobonnego widocznie odruchu począł tratować dwa najbrzydsze strachy na wróble, szpetnie przecinające drogę na wskroś do domu. Tuż na wysokości wzroku  mgła odbierała widoczność jadącym, drzewa kładły się do ziemi, wyrażając swoje niezadowolenie, wrony nerwowo krakały jakby się poczuły czymś dotknięte

-Szybciej Mieciu, w Imię ojca i Syna -zawołała Teresa.

-Już my są w obejściu, strach tam został-zawył do wtóru krewny.

-Cholera jak żem długo żył tom takiego czorta nie widział-zawołał Mietek wyskakując zza kierownicy ciągnika.

-Pójdźcie do domu na zacierkę dobrą-Teresa nie musiała wcale swych towarzyszy  nakłaniać. Wbiegli równo, szukając schronienia w przytulnej izbie. Zdążyli. Tuż za nimi, za murami domu przeszła wichura straszna, przynosząc niebotyczne opady i kaskady deszczów.

-Mieciu zapraszam -grzecznie zaprosiła gospodyni krewnego. panowie przystąpili próg domu i zachłannie zabrali się za szorowanie swych lica nad kranem w kuchni. Przepychali się niczym dzieci, brodzące w kałuży.

-Mieciu Ty tez widziałeś z Elką te cuda z Matką Boską w tym kościele w tym lesie tam?-zapytała z trwogą Teresa, nalewając do miseczek wczorajszej zacierki.

-Ludzie nie wierze w jakieś tam urojenia babskie, Matka Boska by się niby miała objawić  akurat Elce czy Wam, litości ludziska- szwagier, wyrzekł swe wątpliwości ustami pełnymi jadła.

-Ja sam nie wiem, co żeśmy z matulą świętej pamięci widzieli to nasze- Ambroży zasępił się i siorbnął podana potrawę. Zapadło milczenie, Teresa popędziła do łazienki by zmyć z  siebie trud chłopskiej pracy.

 

XXIII Rozdział.

Wiosna przeobrażała się w lato upalne. Słońce świeciło coraz wcześniej i dłużej. Noc stawała się krótkim tylko odpoczynkiem w  parnej i wilgotnej izbie. Dzień sądny zbliżał się niemiłosiernie szybko. Kobieta naszykowała dla siebie potrzebny strój. Dostarczony przez jej własną siostrę zdawał się elegancko leżeć na grzbiecie brzemiennej. Lęk odczuwała od czasu do czasu na myśl samą, że będzie musiała odpowiadać za czyny, które nie popełniła. stanąć będzie musiał oko w oko z obłąkanym oskarżycielem sąsiadem.

-Który to już raz?-zasępiła się smutno.

-Po co mnie tak zaskarżają ludzie bez serca i bez duszy?-załkała, chowając z rezygnacją twarz w swoje dłonie.

-Jeśli znów będzie następna i następna rozprawa? Już to trwa ponad dwie dekady -słowa swe wyrzucała w stronę obrazu ze Świętym Antonim, do którego często poczuwała jakieś duchowe przywiązanie.

-Pomóż mi raz na zawsze uwolnić się od tego zła. Zlituj się nade mną, uproś od Boga dla mnie Miłosierdzie -krzyczała walecznie

-Tereska odbiło Ci? z kim gadasz?-stary stanął tuż przy drzwiach i patrzył z politowaniem nad rozpaloną emocjami kobietę.

-Nie ma co tak krzyczeć to ci nie pomoże nic-dodał z rezygnacją.

-Pomoże, ja wierzę w pomoc z Nieba- zawołała z nadzieją.

-Tu już tak musi być, nie pomoże Ci czasem i Święty Boże. Złe ludzie tez muszą być. Przeżyłem wojnę to dużo wiem-odparł po chwili namysłu stary wuj i wrócił do przerwanego strugania kartofli.

-Daj mi chociaż siłę do walki ze złem-kobieta nie ustawała, klęcząc tuż przed wizerunkiem Świętego.

Wyczerpana nawoływaniami, położyła się na skraju wersalki, słońce za oknami rozproszyło mroki, kobieta zmrużyła swe ciężkie powieki, ułożyła bokiem swój olbrzymi brzuch i zapadła w błogi uzdrawiający sen.

Jeszcze świtało, jeszcze mrok tulił ziemię, poświatą kończącej się nocy.

Donośne i nasilające się tupanie pochodzące od damskich obcasów, postawiło domowników na baczność.

-Teresa budź się, musimy gdzieś jechać wstawaj-nerwowe naleganie należało do Elżbiety.

-Kogo diabli przynieśli znowu? -stary wuj nie lubi porannych pobudek.

-Tereniu, chodź, pomogę Ci się ubrać, gdzieś Cie muszę zawieść. Powiem Ci w aucie-Siostra rodzona gestem uspokajającym lecz stanowczym , pośpiesznie spakowała swą ciężarną krewną, nie tłumacząc celu swego przybycia.

Teresa tymczasem ufnie jak dziecko poddawała się czekającym ją wyzwaniom.Wprawne komendy wydawane przez Kazimierę, wprowadzały swoisty zamęt w  umyśle brzemiennej nie przywykłej do stanowczych wyzwań. Z oddali, zza tekturowych drzwi słychać było jedynie pomruki niezadowolenia, wydawane przez zaspanego i urażonego starca.

Kobiety zrazu pośpiesznie pobiegły do nieopodal zaparkowanego małego fiata, niezawodnego środka transportu, wybranego przez Elżbietę.

-O co chodzi Elka?-chciała się dowiedzieć jej siostra.

-No dokąd to jedziemy?-zdenerwowanie zaczęło udzielać się też kierowcy malucha. Kobieta bez słowa zapaliła pojazd. Siostry w  milczeniu mknęły w kierunku zupełnie obcym, przemierzały nieznane Teresie krainy. Za oknem dzień powoli budził się  z zaspania, zachód słońca, znaczył uroczyste rozpoczęcia dnia.

-Wiesz co Teresa. Nie mówiłam Ci o tym, ale jak leżałaś w szpitalu, przyszedł list z Prokuratury Okręgowej abyś się dziś wstawiła. Właśnie Cię tam wiozę-lica prowadzącej pobladły i zapadła przygnębiająca cisza. Powietrze stało się ciężkie jakby zawierało metal.

Teresa w napięciu, bez słowa spoglądała na; mijane nazw ulice, na drzewa rozłożyste czasami się jakby kłaniające. Widziała pasące się krowy na łące. Dzieci śpieszące się do szkoły, beztrosko rozrabiające. Wtem jej dusze rozsierdził szloch, zazdrościła innym istotom tej beztroski i jakiejś ustalonej rutyny wprowadzającej ład i przewidywalność. W milczeniu skargę nawet formułowała wobec Boga, gdyż nie rozumiała sensu własnego cierpienia.

-Już zaraz będziemy, skręcimy tylko na prawo, nie bój się. Mów spokojnie i proś Ducha Świętego o mądrość-siostra rzeczowo rzekła, przerywając bolesne milczenie.

Budynek Prokuratury Rejonowej wywierał olbrzymie poczucie lęku i niepewności. Szara bryła zdawała się pochłaniać i pożerać swą majestatyczną posturą. Wokół granitowego krawężnika krążyły umundurowane służby i elegancko kroczące urodziwe damy w średnim wieku. Teresa została wypchnięta do olbrzymiej, dębowej furtki. Młody policjant o zadziornym temperamencie, zaprowadził kobietę do swej ciasnej i mocno przykurzonej klitki. Ciężarna, popychana przez obce jestestwa czuła się jak dusza błądząca gdzieś w zaświatach, która po śmierci za straszne przewinienia  musi krążyć zagubiona.

-Proszę usiąść- tubalny głos niedopasowany do dziecinnego wyglądu policjanta, brzmiał groźnie.

-Co znowu zrobiłam złego,że tu mnie wzywacie?-smutny głos Teresy zabrzmiał niespodzianie naiwnie.

-Państwo Jaszczurowie, złożyli na Panią skargę za nękanie ich, za stosowanie gróźb karalnych. Potem za podjudzanie psów do pogryzienia ich i wreszcie jest winna pani śmierci małżonki pana Jaszczura-młody mundurowy bez emocji wyrzucił przeczytane słowa.

-Tu wszystko jest wierutną bzdurą,  nie mam nic z nimi wspólnego. Trzymam się od nich z daleka, to oni mi uprzykrzają życie- głos Teresy prawie łkał.

-Nie macie dowodów- dodała oskarżona.

-Ponoć był świadek, ta zmarła Mścisława i ponoć to pani sprawka-głos policjanta był zimny i cierpki a jego niewyrośnięta postura dziwnie kontrastowała z powagą, którą sobie narzucił.

-Nie powiesiłam tej jego chorej psychicznie żony. Bóg mi świadkiem- głos kobiety drżał z gniewu i strachu.

-Dobra ja tu sporządzę notatkę a pani pójdzie jeszcze na badania psychiatryczne do sali obok-suchy ton mysiego blondyna nie zdradzał emocji. Wystrój wnętrza, w którym się znajdowali był tak samo surowy i bezbarwny. Niedbale porzucane sterty akt zajmowały połowę pomieszczenia, Głucha i jednostajna praca sprzętów biurowych, wprowadzała w drgania szare ściany i posępne meble, pokryte kurzem.

-Proszę do mnie!-do piwnicy weszła dama o urodzie wypłowiałej i zbyt szczupłej posturze, lecz dopiero oddech z tych uszminkowanych ust się dobywający parował tak, jakby niewiasta żywiła się wyłącznie zawartością policyjnej celi.

Wezwana pokornie dała się poprowadzić do sali tuż obok się znajdującej. W dalszym pomieszczeniu znajdowało się dwóch mężczyzn w wieku średnim. Ciężarna usiadła na wolnym krzesełku przodem do obcych mężczyzn. Stoły i krzesła rzędem poustawiane, przywodziły na myśl kobiecie salki szkolne. Do pomieszczenia dobiegła paradnie młodsza od nich kobieta, przedstawiła się pośpiesznie.

-Jestem psycholog kliniczny a pani?-kobieta zamilkła, Teresa poczuła, iż jej serce dudni jak ptak zamknięty w ciasnej klatce.

-Miejmy nadzieję,że nie zacznie się u pani akcja porodowa-Głos psycholog brzmiał wyniośle. Zapadło milczenie. Teresa poczuła, że z każdą minutą coraz bardziej brak jej tchu. tymczasem psychiatrzy przypatrywali się bez słowa kobiecie wzrokiem ponurym, upajali się swą wyższością, swą władzą nad bezbronną niewiastą. Kobieta poczuła się jak zwierzyna schwytana we wnyki, była boleśnie samotna i w potrzasku.

-Niech pani coś nam opowie o sobie-zażądał najwyższy z nich. Niższy psychiatra tymczasem notował długopisem jakieś niewyraźne szlaczki lub tez własne szyfry.

Wezwana odpowiadała składnie głosem, smutnym i jakby obolałym. Mówiła zbyt zawile lecz zawsze na temat. Wtem spojrzała za odsłonięte okno tam za toporną sosną ujrzała spacerująca siostrę, odpalającą nerwowo papierosy. Odruchowo mówiąca jakby się roześmiała. Przypatrujący się jej psychiatrzy, odwróceni tyłem do okna zaniemówili spojrzeli po sobie. Niższy lekarz zanotował sobie wiadome szlaczki.

-Czy naprawdę nęka pani sąsiadów?-domagał się ponownie odpowiedzi wysoki lekarz.

-Przecież powtarzam Wam,że nie.  Wy lekarze sami chyba potrzebujecie leczenia. Jak tak można o to samo ciągle pytać. Nie. I nie zabiłam nikogo przysięgam -ostatnie słowa kobieta wymówiła z całą mocą.

-A wie pani ,że za ten czym grozi nawet kara pozbawienia wolności do lat pięciu-przemówił niski, krępy lekarz jakby przedrzeźniając.

-Wy byście zamykali niewinnych a niebezpiecznych byście trzymali na wolności. Bójcie się lepiej Boga-wymówiła kobieta z rezygnacją.

-Dziękujemy pani i do widzenia-wyrzekli wszyscy pozostali, niemal jednocześnie.

-Z panem Bogiem-kobieta wybiegła udręczona, nie oglądając się wcale, wyszła na ciepłe promienie słońca i napotkała zapłakaną siostrę, wtuloną do krzywej brzozy, wychylonej ku ziemi, jakby drzewo także było przygnębione losem wezwanej.

-Elu nie płacz, dam se rady-wymówiła jej siostra bez przekonania.

-Tereska, jak raz wdepniesz w jakieś bagno to już po Tobie. Ci ludzie nie mają litości. Żywcem by nas pogrzebali -Elżbieta szlochając kierowała się do swego starannie zaparkowanego malucha, Teresa człapała tuż za nią.

-Wiem ale ja jestem niewinna nic nie zrobiłam-odparła szczerze ciężarna.

-Pan Jezus też był niewinny a Go pogrzebali źli ludzie. Tak już musi być na tym podłym świecie-głos Eli wyrażał bunt i trwogę.

-Elka zwolnij na litość, za szybko pędzimy!-zawołała z przestrachem ciężarna.

-Śpieszy mi się do mojego Urzędu, muszę tam jeszcze być w pracy. Ciebie zawiozę pod dom- odparła Elka, planując swe obowiązki kobiety pracującej.

-Tereso-jesteś wielka-dodała po chwili ze wzruszeniem młodsza siostra.

Stary, zniszczony mały fiat gnał z impetem przez przestworza na skróty, bezbłędnie mknął pomiędzy innymi pojazdami, aż niebawem  spełnił swe zadanie z nawiązką. Teresa oszołomiona wyskoczyła po po chwili z auta i z wolna kroczyła przed siebie. Pomiędzy porośniętymi chaszczami terenami należącymi do dziedzictwa przodków Teresy a  morgami całkowicie pogrążonymi nieurodzajem i rzadkimi okazami wyschniętych chwastów należących do zawistnych sąsiadów znajdowały się złośliwie odstraszające znaki drogowe. Teresa z trwoga policzyła aż cztery podobne znaki, zakazujące wjazdu na teren posesji nienawistnego Mścisława. Stały wzdłuż całej rozciągłości drogi i straszyły swym położeniem. Kobieta niezgrabnie przycupnęła do domu swego, z zamiarem nabrania odpoczynku, lecz w drzwiach izby napotkała rozsierdzonego swego małżonka.

-Tereska dokąd Ty wybywasz? Po jakich psychiatrach i sądach się wleczesz i po co?-głos męża płonął gniewem, jego maleńkie oczka, zamieniły się w maleńkie szparki, jakby nie chciały patrzeć na żonę.

-Ja jestem niewinna. To mściwi, podli ludzie mnie bez  przerwy pod sąd stawiają, życie mi obrzydzili tymi obelgami i podłością -żachnęła się kobieta.

-Mnie jakoś nie skarżą co?Do Sądów bym nigdy nie pojechał bo tam człowieka zgnoją do reszty-Zbigniew gorzko zastękał i podniósł z podłogi dziwne buble. Przez siebie samego zakupione gdzieś za granicą ,do niczego nie nadające się i nie pasujące sprzęty.

-Co to znowu za dziwaczne maszynki ze zwojami poplątanych kabli?-kobieta wyrzuciła przed mężem swe stałe zażalenie i pokrótce dodała.

-Mógłbyś coś pożytecznego kupić, jakąś wyprawkę do dziecka, coś przydatnego wreszcie choć raz w życiu-kobieta minęła z przekąsem szczelnie zastawioną podłogę i udała się na odpoczynek przed obrazkiem Świętego Antoniego.

-Pieniądze przywożę, pracuję i to jest najlepsze a nie łażenie po sadach-Zbyszek stanął dumnie na baczność i i omiótł wzrokiem swoją liczna kolekcję.

-Kupuję wszystko co dobre, zaharowuję się krwawicą w Rosji by pieniądze dobre były, to ta baba zawsze coś sknoci-mężczyzna kręcił swą ptasia głową i mruczał pod nosem swe stałe ubolewania..

 

XXIV Rozdział.

Pora letnia szybkim tempem pędziła jakby  toczyła tylko sobie wiadome zawody, dzień za dniem mknął zawrotnie szybko do sobie wiadomej mety. O ile chłód jesieni i mrozy zimy trzymały w swej długiej niedoli szarością i spłakanymi krajobrazami za oknem, tak pora letnia zachwycała bujnością roślin i soczystą wonią swych zroszonych traw. Słońce coraz jaśniej i mocniej przyświecało, coraz to urokliwsze barwy roznosząc. Wzrok kobiety ciężarnej co rusz pieścił ich urodę, przynosił jej sercu chociaż wyblakłe promienie nadziei. Rozmyślała nad swym trudnym położeniem i zadanym jej przez los cierpieniem. Nazajutrz bowiem czekał ją proces sądowy, którego się okrutnie obawiała. Jej dusze nawiedzały jakieś spotęgowane żale, to bóle gniewu, to rozczarowaniem zadawanym jej bezustannie. Czuła strach, dokładną i dosłowną niepewność swego jutra.

-A co jeśli pójdę siedzieć, tak mnie załatwią wrogowie. Co jeśli w  wiezieniu urodzę?-jej szloch słyszały tylko bujne rośliny , obficie rozsypane po łące. Kolorowy motyl gdzieś nadleciał, jakby szukał dla udręczonej odpowiedzi, następnie przysiadł nad pięknym umajonym dmuchawcem tak beztrosko jakby usiłował po swojemu rozwiać wątpliwości brzemiennej.

-Może nie będzie tak źle?-powiedziała sama do siebie aby dodać sobie przydatnej otuchy. Słaniając się powróciła na spoczynek do domu swego, nie oglądając się wcale, wdychała jeno zapachy letnie, kojące i ciche. Dzień następny przyszedł zbyt wcześnie i jakby za szybko. Dziś każda czynność więcej kosztowała ją wysiłku i czasu. Dawniej praca niemal palia się w jej chłopskich i silnych dłoniach, jeszcze młodych i przydatnych. Dziś mniejsza praca ciążyła i pochłaniała mnóstwo sił, energii, angażowała myśli serca, trwoniła też obolałą duszę. Wtem rozdzwonił się dźwięk telefonu jakby na alarm wzywał. Słaniając się podeszła by usłyszeć kto dzwoni.

-Halo?-zapytała.

-To ja Elka, wiesz co Tereniu przykro mi ale nie mogę Cie zawieźć do sądu na rozprawę. Mam młyn w robocie od rana.J edź autobusem o dziewiątej, zadzwonię później z Bogiem-siostra przerwała suchą rozmowę.

Ciężarna chwilę jeszcze trzymała przy sobie słuchawkę telefonu lecz cisza dźwięczała zewsząd  w uszach. Odstawiła z hukiem telefon stacjonarny. Bez apetytu wmusiła w siebie kilka kęsów owsianki,jeszcze zagryzła pajdę chleba posmarowanego masłem. Więcej czasu postradała na przyodzianie się schludne ale i z tym zdołała się uporać. Ugodzona strachem, wystawiona na pośmiewisko ludzkie szła prawie dumna na przystanek autobusowy. W ducha dla dodania sobie otuchy mruczała litania do Matki Bożej Loretańskiej. W rytm modlitw zanoszonych w ciszy jej własne przygnębienie co rusz chowało się wtedy niczym chmury pokonane przez jaskrawe słońce. Jej dusza też śpiewała bo wyczekiwała nadziei. Gdy z trudem przystanęła obok przystanku autobusowego wtem ujrzała nadjeżdżający autobus, widok publicznego środka lokomocji odruchowo ja ucieszył, bo sprawnie się rozsiadła na wolnym miejscu. Podróżni  z przyganą obserwowali zmieniony stan wsiadającej. Kierowca przyglądał się bladej kobiecie, zajętej teraz przetrzepywaniem torebki i nagle zawołał.

-Nie musicie nic płacić, nie szukajcie tam grosików, dobra jest-zawołał ugodowo. Natychmiast rozległ się tumult wesołości, podróżni czymś ubawieni rozpoczęli swoją tyradę śmiechu. Tymczasem Teresę rozsadzał niezapowiedziany ból, jej twarz bladła jakby śmiertelnym przerażeniem, to znów wracały na lica rumieńce, kobieta nie rozumiała powagi swej sytuacji. Kierowca przyśpieszył autobus już galopował do miasteczka. ktoś wrzasnął z oddali

-Hej wysiadają, wysiadają do cholerki -głos zdawał się w wymowie pijacki. Kierowca w przyśpieszonym tempie dojechał do mety. Zachwycona kobieta wylewnie dziękując kierującemu, kuśtykała na umówiona rozprawę .W jej duszy igrał okrutny lęk, potęgowany przez obcy ból. kobieta szła w zaparte przed siebie, otuchy dodawała sobie śpiewem. "Panie Dobry jak chleb..." . Gdy pieśń swą wyśpiewała do końca, zrazu ujrzała olbrzymi budynek, nowocześnie przeszklony. Napis opisujący miejsce Sądu Okręgowego, jarzył obolałe oczodoły intensywnym promieniowaniem letniego słońca. Przystanęła bojaźliwie,rozmyślając w panice o sposobie dostania się przez niewygodne wyżyny rozkopanych schodków do wnętrza budynku. Odruchowo dotknęła barierki, dopiero co zamontowanej i czym prędzej dobrnęła do holu olbrzymiej budowli. Dopiero wtedy z przejęciem pojęła,że świeża farba zostawiła sporo czerwonych śladów na schludnej garderobie pozwanej. Zawstydzona swym występkiem, ukryła ślady za olbrzymią torebką, która trzymała w dłoni .Przed wejście na rozprawę przeczytała oświetlony napis na wokandzie. Przeczytała pól szeptem swe nazwisko i poczuła niemożliwy do opanowania ból w lędźwiach, który co rusz rozsadzał to znów malał miarowo w okolicach pępka , jakby był podłączony do zegara. Wraz z nadejściem kolejnego bólu, rozerwały się na oścież olbrzymie drzwi sali rozpraw, tuz przy klamce stała niziuteńka postać kobieca,  w wieku nieokreślonym i ochryple wołała po nazwisku pozwaną i oskarżyciela. Ciężarna nie rozumiała wcale wygłoszonej treści ani sensu swego przybycia. Bliska omdlenia ustawiła się w kącie dębowego pomieszczenia. Do sali wbiegł zadyszany oskarżyciel, Jaszczur, dziwacznie poprzebierany w kobiece żakiety zszyte niedbale ze sobą i pstrokate spodenki plażowe, z trudem obejmujące otyłą posturę przybyłego. Jaszczur swym wyzutym z litości spojrzeniem miażdżył nieprzytomną z bólu postać Teresy, skuloną z cierpienia i strachu, w połowie stojąca a w połowie wspartą o ścianę sali. Kobieta zajęta, przeżywaniem swego stanu, nie słyszała mowy wstępnej zbyt młodej i nazbyt urodziwej sędziny. Wygląd sędziny beztrosko dziecinny komicznie kontrastował z jeszcze bardziej groteskową postacią oskarżyciela.

-Sędzino! ta Krowiakowa udaje jeno niewiniątko, ale  z niej cholera -wył oskarżyciel. Młoda sędzina, zgorszona nieco, w milczeniu studiowała i szeleściła jakieś kartki przed sobą się znajdujące, protokolantka, zaś daremnie usiłowała spokój przywrócić. Oskarżona już tylko słaniając się głucho, nie zdolna do słów, łkała cicho. Tak cicho płakała jak łzy, które spływały jej po smutnym policzku.

-To przez nią umarłą moja żona-wrzeszczał.

-Jak to możliwe to non sens?-cichutki głosik prawniczki zapiszczał z zaciekawienia.

- A jej psy to srają mi po stajaniu, pogryzły mnie o tu-otyły wskazał swą olbrzymia pięść, tłusta, czerwoną jakby oparzoną umyślnie wrzątkiem.

-Proszę o konkrety, obdukcje...-domagała się młoda prawniczka.

-Nie ma nic na mnie, on sam się pogryzł, jestem niewinna pani sędzino, on mnie już tak prześladuje moja rodzinę całe wieki- ciężarna załkała i upadła na podłogę, sycząc.

-Ona tak udaje a potrafi i psem poszczuć i nawet do morderstwa zdolna, ta cholera jest-grubas zniżył głos z gniewu i rzucał wzrokiem swe groźne błyskawice. Brzemienna osuwając się słyszała coraz to bardziej głośne i bardziej wulgarne słowa. Młode kobiety przesłuchując oskarżyciela, zachowywały nadzwyczajnie stoicki spokój, jakby były wyzute z emocji, jakby z ekranu obserwowały tocząca się rozprawę. Obie wyglądały jak wystrugane rzeźby jedna mniej, druga  bardziej starannie. Gdy już zawiść swą oskarżyciel wyczerpywał począł kierować swe ciosy na młodziutkie kobiety.

-A wy ile macie lat?Jesteście chociaż prawnikami czy do szkoły dopiero chodzicie? By was psia krew zalała?- otyły stanął na przeciwko sędziny i machał złośliwie czerwonym palcem, dziwiąc się nadzwyczajnemu opanowaniu panującemu na sali. Zapadła nerwowa cisza, młode pracownice popatrzyły na siebie blade z przerażenia bo nagle niespodziewany okrzyk zdawał się rozsadzać budynek  i wszystko inne zaniechać i unieważniać swym wielkim zajściem.

-O Jezu rodzę !-krzyczała leżąca, wody płodowe podbarwione krwią,poczęły obficie wylewać,nowe chluśnięcia dobywały się spomiędzy nóg rodzącej. Młode kobiety oniemiały,wstały, wybiegły z sali piszcząc do otwartej przestrzeni.

-Pogotowie,pogotowie- szybko dzwońcie! -wysoki pisk kobiecy, echo rozsadzało po nowoczesnym budynku. Tymczasem trzęsąc się chorobowo grubas, plątał się po sali, po raz pierwszy zawstydzony i jakiś skruszony, patrzył na leżącą bez ruchu, cierpiącą po cichu i jakby nieprzytomną kobietę.

-O ludzie o jejku gdzie lekarze?-protokolantka straciwszy rezon, kręciła się niczym wściekła osa dookoła sali, miażdżąc zaniepokojonym spojrzeniem szlochającą rodzącą na podłodze.

-Już jadę, zadzwoniłam, właśnie słychać jak nadjeżdża pogotowie ratunkowe, to mi wygląda na akcję porodową-monotonny ton  młodej sędziny, przywrócił upragniony ład. Prawniczka przytomnie dotknęła pulsu leżącej i spojrzała na grubasa zimnym i wrogim wzrokiem.

-Po coś pan prowadził starszą i ciężarna kobietę na rozprawę?Trzeba naprawdę być wyzutym z ludzkich uczuć-głos młodej zawirował i załamał się od tamowanego gniewu.

-Wy żeście taki termin dali nie ja- otyły oskarżyciel głosem podobnym do baraniego zawył przeciągle i krążył po sali, to szarpał za dębowe drzwi jakby był psychotropami nafaszerowany.

Niebawem galop męskich kroków, zwiastował nadejście służby medycznej. Młodzi lekarze zbliżyli się instynktownie do rodzącej i zawołali w przestrzeń.

-Proszę wszystkich o opuszczenie tego pomieszczenia.

Kroki oskarżyciela i głosy sądu ucichły, Teresa nareszcie bezpieczna, ufnie patrzyła na przystojne twarze medyków.

Wyszkoleni, dwaj panowie doktorzy i pielęgniarz czule niczym opiekuńczy rodzice przystąpili do sprawnych oględzin. Błyskawicznie niczym czarodzieje, niesłychanie sprawnie,zapewniali dogodne warunki i nawet ciepły kocyk dla oczekującej dziecka.

-Jest rozwarcie całkowite, proszę by pani parła teraz z całej siły, już-łagodny głos doktora przyniósł upragnioną ulgę i nadzieję płaczącej i pogrążonej w strachu rodzącej.

-Jej boli, boli...-na mokrych policzkach rodzącej niebawem zawitał uśmiech zwycięstwa

-To mamy poród na sali rozpraw, to będzie jak nic przyszła sędzina -zaśmiał się wzruszony tęższy lekarz.

Rozległa się mistyczna cisza, słychać nawet było jak maleńki wróbelek przyfrunął z daleka i zastukał w okno bo obserwował i podziwiał po swojemu cud narodzin

-Proszę już mamy, to dziewczynka, śliczna i zdrowa jak malowana-płakali już wszyscy, od pielęgniarza po zachwyconą Teresę, która nagle jakby zyskała barwnej urody i jakby młodzieńcze siły otrzymała.

-Jak pani na imię? No i musimy teraz do szpitala pojechać-dokończył medyk zmęczonym tonem.

-Teresa jestem a to będzie Emilka Sylwia-rodzącą z uśmiechem odpowiadała medykom.

-Jestem silna i zdrowa, że mogłabym teraz ziemniaki wykopać, Bogu niech będą dzięki -kobieta tanecznie podniosła się z podłogi, roześmiana i podniecona popatrzyła na zdrowo krzyczące dziecko otrzymane w najhojniej w darze i w nagrodę za trudy swego istnienia.

-Musimy jednak do szpitala, Tereso jesteś wielka -zawołał lekarz prawie tak samo szczęśliwy i dumny  jak świeżo upieczona matka.

Tymczasem tuż za oknem prześlicznie kolorowa tęcza rozpostarła swą urodę, jakby i Niebiosa i natura tez chciały coś symbolicznego od siebie podarować nowo narodzonej i matce.

 

KONIEC

 

Podziękowania.

Moja z trudem i w bólach narodzona powieść, nie była by pełna gdybym w tym miejscu nie wymieniła jakże ważnych dla mnie osób.

Dziękuję najserdeczniej, z duszy całej; Marii Gołdzie,Sylwii Gołdzie,Monice Gołdzie, Bolesławowi Ficowi,Kazimierze Łobodzińskiej, gdyż to ich niezłomne życiorysy przyczyniły się walnie do popełnienia lektury książki. Wymienionym osobom należą się wszak podziękowania stokrotne, ponieważ to oni uwierzyli we mnie nawet wtedy gdy ja sama w siebie zwątpiłam.

Dziękuję wyróżniająco mojemu synkowi Maksymilianowi bo swym zaraźliwym uśmiechem i rozbrajającym poczuciem humoru napawał mnie siłą i stawał się prawdziwym katalizatorem wygrywanej walki o siebie i swoje marzenia. Dziękuję Ci kochany.

Warto wymienić osoby, którym także należało abym nie porzucała swego hobbistycznego pisania, powinnam wymienić; Tomasza Niekrawca, Grażynę Gołdę, Monikę Łobodzińską-Zygmunt i Karola Gołdę i Antoniego Gołdę.

Dziękuję osobiście Szanownemu Wydawnictwu, które skutecznie mobilizowało mnie do działania i pracy.

Najwdzięczniejsze podziękowania należą się przecież Wam drodzy Czytelnicy- za to, że zechcieliście przeżyć niezwykłą przygodą z prawdziwymi bohaterami mojej powieści. Joanna Bielecka.

 


Komentarze

*
*
*
Buy Priligy Online Uk Ellgora

21 lipca 2019 | EllVempon

Buy Prevacid Online Zoloft For Sale Clomid Oral Tablet 50 Mg Order Online cialis without a doctor's prescription accutane online pharmacy uk buy accutane in the uk Cephalexin Dog Dosage

Zithromax Price Cvs Ellgora

12 lipca 2019 | EllVempon

Cialis Generika 20mg Bestellen Cephalexin Altace Zyprexa Postitive Direct Coombs cialis secure ordering isotretinoin with free shipping direct Clobetasol With Overnight Delivery

Cialis Tiempo De Accion Ellgora

30 czerwca 2019 | EllVempon

Withdrawl From Propecia Viagra Ohne Rezept Generika Viagra En France prix du levitra 10 maison de la gendarmerie Achat Vrai Kamagra

Acquisto Cialis Internet Ellgora

20 czerwca 2019 | EllVempon

Generic Viagra Online Fast Shipping 112 cialis overnight shipping from usa Viagra Drug Information Viagra No Script Viagra Ai Ragazzi

Buy Minocycline I Line On Line Ellgora

12 czerwca 2019 | EllVempon

Levitra Gebraucht cheap cialis isotretinoin where to purchase El Viagra Se Vende Con Receta Medica

Walmart Prescription Prices Ellgora

4 czerwca 2019 | EllVempon

Acide Clavulanique Grossesse En Walmart Orlando Venden Cytotec Vente Cialis Doctissimo canadian cialis Levitra 10mg Photo